Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X X
Cytat z nagłówka pochodzi z utworu "Violet Hill" zespołu Coldplay.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą angst. Pokaż wszystkie posty

30.10.18

Boss | First

hetero, noelle edge x kaiden black, smut, romans
Każdy romans łatwo zacząć, ciężej jest się z niego wyplątać, tym bardziej, gdy ma się go z szefem.

Niedziela, dwudziesty drugi kwiecień, dwa tysiące osiemnasty rok. Godzina siedemnasta trzydzieści.
Włożyłam klucz do zamknięcia i nim przekręciłam. Nacisnęłam na klamkę, a drzwi się otworzyły; w tym samym momencie zaczął dzwonić mój służbowy telefon. Jęknęłam ze złości, gdyż wiedziałam, że zanim znajdę go w torebce, on przestanie wibrować. Szybko położyłam siatki z zakupami na podłodze i zaczęłam szukać między papierkami z batoników, portfelem, moimi perfumami z Coco Chanel, aż w końcu znalazłam. Przesunęłam palcem na zieloną słuchawkę i odebrałam przedstawiając się, myśląc, że pewnie to klient lub szef. Nie myliłam się, dzwonił prezes.
- Witam panno Edge, dzwonię w sprawie przeniesienia pani do nowo otworzonej firmy, którą ostatnio kupiliśmy. Jest pani naszą najlepszą pracownicą, więc na pewno z pani pomocą ta firma również będzie pięła się w górę. Później przyślę adres i godzinę, gdzie  jutro musi się pani udać. – mówił to bardzo sympatycznym tonem. Od dawna spekulowano o tym w firmie, iż na pewno ja dostanę nowe stanowisko sekretarki prezesa w nowym biznesie syna szefa, jednak nigdy nie wypowiadałam się na ten temat i zaprzeczałam, ale spekulacje okazały się prawdziwe.
-Dziękuję za informacje, postaram się sprostać wymaganiom. – odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy. Cieszyłam się z nowej-starej posady, mimo tego, że wiele osób miało na nią chrapkę, szefostwo wyznaczyło mnie. Rozłączyliśmy się i od razu dostałam wiadomość z adresem, choć miała być troszeczkę później. Beverly Drive, godzina dziewiąta rano. Odłożyłam telefon na stolik i zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, czego nie zrobiłam od razu. Ściągnęłam beżową  marynarkę oraz szpilki, a następnie udałam się w stronę salonu. Wzięłam pilota od telewizora do dłoni i włączyłam jakiś kanał z muzyką, żeby grała, gdy będę przyrządzać kolację. Stojąc przed telewizorem, ciężko westchnęłam wiedząc, że mimo miana najlepszej pracownicy, będzie dosyć ciężko. Zawsze znalazły się osoby, które chciały to zaburzyć, bym straciła pracę, jednak szefostwo zbyt bardzo mi ufało, z czego naprawdę się cieszyłam; nie pracowałam w lepszej firmie, niż Black Company, dlatego dostanie nowej posady w nowym biznesie było czymś szczególnym. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu; przydałoby się posprzątać, jednak nie miałam już sił.
Po przyrządzeniu i zjedzeniu pizzy na kolację postanowiłam zadzwonić do mojej przyjaciółki., wysokiej brązowookiej blondynki o przeciętnej sylwetce. Naczynia włożyłam do zmywarki i podeszłam po telefon, a następnie znalazłam kontakt Pyper i kliknęłam w słuchawkę. –Proszę? – usłyszałam. – Cześć słonko! Miałabyś czas się spotkać w tym tygodniu na jakąś kawę? Mam Ci tyle do opowiedzenia. - oznajmiłam. Zatęskniłam za jej osobą, była ważną częścią mojego życia. Razem z Pyper znałyśmy się od dzieciństwa; pamiętam, jak podeszłam do jej osoby na placu zabaw i zapytałam się, czy nie chciałaby dołączyć do zabawy, bo brakuje nam jednej osoby. Od tej pory byłyśmy nierozłączne, jednak przyszła dorosłość i każda z nas wybrała własną drogę, którą chce wieść swoje życie. Ona poszła w stronę posiadania własnej kawiarni, która robi furorę w Los Angeles; ja jednak postawiłam na bycie prawnikiem mimo, iż nie wyszło, to nie narzekałam, uwielbiałam moją pracę sekretarki.
- Jasne! – jej ton głosu zmienił się diametralnie w sekundę, był teraz w nim cień ekscytacji. – Może piątek? – kiwnęłam głową jednocześnie mówiąc „tak”. Blondynka rozłączyła się jako pierwsza, jej dziecko potrzebowało pomocy z lekcjami. Podziwiałam jej osobę, zawsze miała czas dla najważniejszych osób w jej życiu, choćby się waliło i paliło. Wstałam z kanapy i udałam się w stronę sypialni, podeszłam do szafy i wyjęłam z niej czyste majtki oraz koszulkę, a później wzięłam prysznic i poszłam spać.
Na następny dzień obudziłam się o godzinie szóstej dwadzieścia. Miałam trzy godziny, by na spokojnie przygotować się na spotkanie z nowymi kolegami lub koleżankami z White Company. Po wstaniu z łóżka, zrobiłam swoją poranną toaletę i nałożyłam powoli makijaż. Był on delikatny, czyli oprócz makijażu twarzy, na oczach widniały tylko czarne kreski, tusz do rzęs, a usta pomalowałam nudową szminką. Przeszłam do mojej garderoby szukając odpowiedniego ubrania na pierwszy dzień, jednak zanim zdążyłam pomyśleć, co dokładnie ubrać, od razu wpadła mi w oko czarna sukienka, do której w komplecie była marynarka, dobrałam do niej również pończochy i mogłoby się powiedzieć, iż byłam gotowa. Zeszłam na dół, by zjeść coś zdrowszego, niż wczorajsza pizza. Włączyłam ekspres do kawy, a jednocześnie zrobiłam tosty z awokado, którymi, o dziwo, mogłam się napełnić w zupełności. Gdy wybiła godzina ósma trzydzieści, już kierowałam się do wyjścia, gdyż nie mieszkam daleko od Beverly Drive, więc mogłam pozwolić sobie na dłuższe posiedzenie w mieszkaniu. Wychodząc szybko złapałam za butelkę wody, zamknęłam drzwi wejściowe i podbiegłam do windy. Odwróciłam się w stronę wielkiego lustra i spojrzałam na mój wygląd; uśmiechnęłam się szeroko, gdyż naprawdę byłam zadowolona.
Do White Company dostałam się o ósmej pięćdziesiąt. Budynek, przed którym stałam, zrobił na mnie duże wrażenie; był kolosalny, jeszcze większy od tego, w którym pracowałam jeszcze dzień temu. Wszystko wyglądało bardzo elegancko z zewnątrz, motyw połączenia koloru białego oraz czarnego spodobał mi się najbardziej. Poprzednia firma posiadała dokładnie taki sam wzór, dlatego kiedy zaczął się remont, domyśliłam się, że musi być to coś związanego z tym, przed którym właśnie stoję. Miałam znów rację. Przed wejściem stało kilka roślin, które dodawały trochę koloru całej posiadłości. Stawiając pierwszy krok w holu, od razu poczułam nerwową atmosferę, która była w powietrzu. Dwóch mężczyzn i kobieta siedziało na pufach, i czekało na resztę pracowników, jednocześnie kręcąc kółka kciukami. Nie znałam żadnego z nich. Kobietą była niska brunetka o większej posturze, założoną miała białą sukienkę do kolan, która pięknie układała się u jej kształtów. Faceci natomiast byli dość wysocy, u jednego obstawiałam, że może mieć około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu. Obaj mieli założone czarne garnitury; niższy również był brunetem, a wyższy blondynem. Zauważyłam, iż blondyn posiada tik, przechylał głowę w lewą stronę, co kilka sekund. Po krótkim przyjrzeniu się im, wreszcie zmogłam się i podeszłam.
- Witam! – powiedziałam głośno i entuzjastycznie – Nazywam się Noelle Edge, będę z państwem pracować. – uśmiechnęłam się szeroko i usiadam obok kobiety. Trójka przedstawiła się równie miło i wtedy dowiedziałam się, iż siedzę obok Ashley Lee, a naprzeciw są Cody Kim oraz Luke Delgato. Zaczęłam jako pierwsza rozmowę, gdyż wiedziałam, że pewnie znów zapadnie grobowa cisza i powstanie tak nerwowa atmosfera, że nie potrafiłabym jej wytrzymać. Zapytałam o to w jakiej firmach wcześniej pracowali i czy wiedzą już na jakich stanowiskach będą.
- Dopiero skończyłem studia i  to jest moja pierwsza poważna praca, dlatego chcę dać z siebie wszystko – odezwał się Luke, a ja kiwnęłam głową. Reszta nie odpowiedziała na moje pytanie, byli zbyt pochłonięci w myślach, jak to od dziś będzie wyglądać.
Wstałam i podeszłam do biurka recepcjonisty, które znajdowało się niedaleko siedzieć. – Pracodawcy są tutaj naprawdę wspaniali, więc nie musicie się martwić. Pieniądze również. Black Co. jest znane z wysokich wypłat, a pewnie teraz będzie również i White. – obróciłam się w ich stronę i spojrzałam na wszystkie trzy twarze. – Skąd to możesz wiedzieć? – zapytała Ashley. – Jestem jedną z osób, które zostały przeniesione z poprzedniej firmy. – odpowiedziałam i puściłam oczko. Spojrzałam w stronę drzwi wejściowych, ponieważ moją uwagę zwrócił wysoki brunet o ciemnej karnacji. Idealne proporcje ciała, idealnie ułożone włosy, idealny garnitur. Spodobał mi się od razu, jednak wiedziałam, że nie mogę i nie chciałam zrobić żadnego kroku w przód, gdyż miałam za sobą jeden romans z kolegą z pracy i nie było to niczym przyjemnym w późniejszym życiu.
Siedział naprzeciw mnie i mogłam widzieć, jak zjada każdy skrawek mojego ciała wzrokiem. Uśmiechnęłam się w jego stronę i puściłam oczko w jego stronę; rozszerzyłam uda, więc miał pełen widok moich mokrych majtek, przez które następnie zaczęłam pocierać łechtaczkę. Lubiłam się z nim droczyć w ten sposób, tym bardziej, iż byliśmy sami w biurze o tej godzinie, wszyscy inni skończyli swoją pracę wcześniej i wyszli już dawno do domu, i swoich rodzin. Początkowo miałam dość mieszane uczucia romansu ze współpracownikiem, jednak po naszym pierwszym zbliżeniu w toalecie tego budynku, nie myślałam już o tym tak często. Dla mnie to był po  prostu seks bez zobowiązań, „friends with benefits” i miałam nadzieję, że dla niego również. Z czasem zmieniło się to z jego strony, był bardziej czuły wobec mnie, chciał wiedzieć więcej, niż mu na to pozwalałam, a ja nie chciałam się pisać na tego typu związek.
Jęknęłam cicho, próbując skupić całą jego uwagę na mojej osobie. Potrzebowałam go. Ostatni raz chciałam poczuć jego męskość w sobie, gdyż zdawałam sobie sprawę z tego, iż nasza znajomość skończy się zaraz po zmianie stanowiska oraz mojej dobrowolnej woli. Obserwowałam każdy jego najmniejszy ruch, jak próbuje komfortowo usiąść na krześle, albo to jak zaciska dłoń w pięść, chcąc się opanować, by nie rzucić się na mnie i wejść w moją pulsującą od podniecenia kobiecość. Zauważyłam, iż to na niego aż tak nie działa, dlatego postanowiłam spróbować czegoś innego.
- Anthony, czy mógłbyś pomóc mi z tymi papierami? – zapytałam podchodząc i nachylając się nad jego komputerem, eksponując mój biust. Mężczyzna kiwnął głową i udał się do mojego miejsca, a ja rozkoszowałam się widokiem jego twardego penisa, którego wyraźnie było widać, jak przebijał się przez wszystkie materiały na ciele. Stanęłam za nim i delikatnie głaskałam go po szyi, widzą, że ma gęsią skórkę. Moja dłoń zjechała niżej na jego tors i wędrowała tak przez cały czas w górę, i dół, aż w końcu spotkała się z jego penisem. Odetchnął głośno, gdy rozpięłam guzik od spodni i włożyłam rękę do nich i wyjęłam to, co sprawiało mu ból; tłumaczył coś, co trzeba zrobić, by tylko nie myśleć, o mojej ręce na nim. Kucnęłam i na czworakach przeszłam pod biurko, a penisa ponownie wzięłam do ręki i językiem przejechałam po całej długości. Wzdrygnął się i chwycił za moje włosy, by przejąć kontrolę, jednak nie pozwoliłam mu na to i pokazałam, by je puścił. Włożyłam go do buzi i zaczęłam poruszać głową w górę i dół, a jego jęki grały mi w uszach, jak muzyka. Patrzyłam się niewinnie na jego twarz, jak wyciągałam go i wkładałam całego znów do ust, i tak kilka razy, póki on nie chwycił mnie za głowę po raz kolejny i przytrzymał ją przez dłuższą chwilę, gdy miałam go całego w gardle. Zaczęłam tracić powietrze, dokładnie wtedy puścił. Uśmiechnęłam się, a długa linia śliny wciąż trzymała się mojej twarzy, a jego przyrodzenia. Widziałam, iż nie może wytrzymać i chciałby już we mnie wejść, poczuć moje zaciskające się ścianki.
- Wejdź we mnie – szepnęłam mu do ucha, gdy wstałam, ciągle się nim bawiąc. Nie czekając długo, ściągnął ze mnie spódnicę, a stringi dosłownie rozerwał; wyrywając guziki od koszuli, od razu ukazały się moje duże piersi. Rzucił mnie na biurko, a ja jęknęłam tak głośno, że gdyby ktokolwiek jeszcze był w biurze, na pewno usłyszałby. Jedną ręką trzymał za pierś, którą aktualnie się bawił, a drugą poruszał moja łechtaczką, cała trzęsłam się pod jego dotykiem wiedząc, że prawdopodobnie zaraz dostanę orgazmu. Właśnie wtedy poczułam, jak buduje się napięcie w moim podbrzuszu i nie minęła sekunda, gdy dostałam mój pierwszy dzisiaj orgazm, a kolejny przez Anthonego. Wykrzyczałam jego imię, łzy same poleciały po mojej twarzy, a nogi zamknęły się mocno, jednak przeszkadzała im jego ręka, by zrobiły to całkowicie. Po raz pierwszy dostałam tak mocny orgazm od niepamiętnego czasu. Mężczyzna wsunął penisa, gdy jeszcze moje ściany się zaciskały od tego cudownego uczucia
- Boże – odchyliłam całe ciało w łuk, kiedy on zaczął szybko się we mnie poruszać. Chwyciłam za jego ramię prawą ręką, a lewą bawiłam się swoją łechtaczką. Płakałam jego imię, a on nie przestawał, póki nie poczuł, iż zbliża się ku końcu i on również będzie miał orgazm. Prawdopodobnie długo nie miał z nikim jakiegokolwiek zbliżenia, gdyż ledwo zaczęliśmy uprawiać seks, jednak podobało mi się to. Wyciągnął penisa z mojej waginy i duża ilość spermy poleciała na mój brzuch, piersi, a nawet na twarz; dłonią zjechałam po całym moim ciele, by ją wyzbierać, a później delektowałam się smakiem.
- Anthony, nie sądzę, by ciągnięcie tego było dobrym pomysłem – mówiąc to, nawet nie spojrzałam mu w oczy, jednak czułam, jak ponownie dobiera się do moim piersi. Odchyliłam głowę w tył, ułatwiając mu dostęp do mojej szyi, pozwalając mu zaatakować ją ostatni raz ustami. Zasysał się na niej i zostawiał ledwo widoczne malinki. – Anthony, powiedziałam przestań – odepchnęłam go z całej siły, schyliłam się po stringi i je ubrałam; moje podniecenie wzrosło wraz z momentem, kiedy całował moje nagie ciało, ale nie mogłam pozwolić na dalsze rozwinięcie tej znajomości.
- Dlaczego Ty mi to robisz? –zapytał opierając się o blat. Zagryzał wargę i patrzył, jak głodne zwierze na moją osobę. – To koniec Anthony. – odpowiedziałam na jego pytanie, poprawiając spódnicę i koszulę.
- Witam państwa, nazywam się Kaiden Black – przedstawił się mężczyzna wchodzący do pomieszczenia. – Założę się, że niektórzy mogą już mnie kojarzyć, a niektórzy nie, jednakże od dziś jestem prezesem tejże firmy. Mam nadzieję, że będzie wspaniale się nam razem pracować – uśmiechną się do każdego, jednakże jego wzrok utkwił przez moment na mojej osobie. Wzdrygnęłam się ze zdenerwowania i podeszłam do Ash. Zdążyłam zauważyć, że zagryzł usta i patrzył na mój tyłek. – Za godzinę będziemy mieć zebranie odnośnie wszystkich stanowisk w sali konferencyjnej A, do tego czasu mogą państwo zająć się sobą. – kontynuował, po czym on i asystenci udali się gdzieś na górę. Właśnie w tym momencie zaczęłam siebie nienawidzić za upodobania w pracownikach, a zwłaszcza w prezesie.
Mając godzinę czasu, postanowiłam trochę rozejrzeć się po pomieszczeniach w budynku, bo w końcu miałam tutaj pracować, więc dobrze byłoby zapoznać się trochę z tym miejscem. Wiedziałam, że nie będzie to coś wspaniałego; że opadnie mi szczęka lub coś podobnego, ale lubiłam również architekturę, dekorowanie wnętrz, wręcz uspokajało mnie to czasem, gdy od czasu do czasu zmieniałam układ lub wystrój mojego mieszkania. Kupowanie nowych dekoracji do domu było moim ulubionym zajęciem, potrafiłam spędzić godziny na wybieraniu nowych lampek czy stolików w sklepie, natomiast inaczej było, jeżeli chodzi o ubrania; tego zajęcia wręcz nienawidziłam. Czułam się niekomfortowo przymierzając z dziesięć par spodni, które później okazują się za małe na mój duży tyłek, często potrafiłam się rozpłakać w przymierzalni, ale z drugiej strony kochałam mieć nowe ciuchy i sama siebie nie rozumiałam.
Wracając do holu recepcyjnego, akurat przechodziłam obok biura prezesa, z którego akurat wychodził, przystanęłam na moment, aby to ten mógł przejść pierwszy. – Proszę – odezwał się wskazując drogę, abym szła dalej. Podziękowałam i spoglądnęłam na niego ukradkiem, jego wzrok był cały czas na mojej osobie; mierzył mnie od góry do dołu, za każdym razem zatrzymując się na moich pośladkach przygryzając wargę, wtedy też postanowiłam pokręcić nimi trochę bardziej, ale szybko opamiętałam się. Nie przyszłam tutaj romansować z ludźmi, a pracować.
Potrzebuję cię, teraz toaleta” napisałam na moim telefonie i wysłałam smsa do Rylanda. Spojrzałam na niego wstając od biurka i kierując się w stronę toalety. Zatrzymałam się koło pomieszczenia i opadłam na ścianę obok drzwi, byłam taka podniecona, że zapomniałam, że jesteśmy w pracy i każdy mógł nas tutaj przyłapać, co mogło skończyć się źle. Zasady mówiły „żadnych związków między pracownikami”, co i tak większości nie obchodziło, jednak groziło pozwanie do sądu i kara pieniężna, a to już było ważniejsze.
Poczułam, jak czyjeś ręce wpychają mnie do męskiej toalety i zamykają drzwi na zamek, a następnie poczułam je na swoim ciele, jak ściągają ze mnie ubrania. Mruknęłam w pocałunku, gdy ocierałam się sobą o jego twardniejący problem. Odpięłam jego pasek oraz guzik od spodni, i włożyłam rękę w bokserki. Dłoń ułożyłam na nim tak, aby kciukiem bawić się jego wędzidełkiem, Ryland odepchnął mnie na chwilę, by głośno odetchnąć; widziałam pożądanie w jego oczach, więc nie zajęło mu to długo, by ściągnąć moje stringi, ułożyć penisa na moim wejściu i po prostu wejść w moją kobiecość. Wygięłam plecy, gdy ten rozwierał moje ściany. Jęknęłam tak głośno, jak tylko mogłam, a on przyłożył swoją rękę do moich ust.

- Pojebało cię? – zapytał się, a ja spojrzałam na jego ciało, a później w jego oczy. Zatrzymał się na chwilę, by sprawdzić czy ktoś idzie, a ja nie mogłam wytrzymać i sama zaczęłam się na nim poruszać. Byłam tak podniecona, że nie musiało minąć dużo czasu, bym doszła, jednak potrzebowałam go teraz, w tym momencie. Gdy był pewny, że nikt nic nie podejrzewa położył palca na mojej łechtaczce, jak i zaczął się poruszać swoim penisem we mnie. Poczułam, jak łzy napływają do moich oczu. – Zaraz dojdę – wydyszałam, a ten narzucił jeszcze większe tempo; to uczucie z każdą chwilą było jeszcze większe, aż pękło, a ja doszłam. Wykrzyczałam jego imię, a ten nie przestawał się poruszać ani bawić moją łechtaczką, aż zaraz poczułam coś w sobie. Spojrzałam w dół i widziałam, jak jego sperma wylewa się z mojej waginy. Odepchnęłam go. – Wiesz, że nie lubię, gdy spuszczasz się we mnie! – powiedziałam cicho, ale na tyle głośno, by usłyszał. Spotykaliśmy się po tym jeszcze parę razy, jednak oboje doszliśmy do wniosku, iż nie ma to sensu na dłuższą metę.
« byłby dodany dużo szybciej, gdybym nie zwlekała z końcówką, ale ważne, że jest i jestem dumna z pierwszej części. nie jest sprawdzany, więc mogą wystąpić błędy»

23.7.18

01:00am

hetero, brak paringu, angst, drabble
Pierwsza w nocy. Ty się bawisz, a ja konam.
Lipiec, 2018 roku
M i e s i ą c.
Dokładnie miesiąc temu przyszedłeś do mojego mieszkania, wyglądając blado, jak ściana; ze smutnym wyrazem twarzy, który próbowałeś ukryć uśmiechem, jednak nie tym, który kochałam. Spuszczona głowa i oczy zielone nie potrafiące spojrzeć na moją osobę, przechodzące z lewej strony na prawą; z kaloryfera obok drzwi do salonu. - Cześć - powiedziałeś cicho drapiąc się po karku. Przerażenie pojawiło się w całym moim ciele, sparaliżowana nie potrafiłam poruszyć żadną kończyną. Bałam się tego, co zaraz wyjdzie z jego ust i obije sie o moje uszy, choć byłam przygotowana na najgorsze, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nie pamiętam kiedy przeprowadziliśmy normalną rozmowę, bez kłótni, wyzwisk w obie strony i bez trzaśnięć drzwi. Nagle oboje byliśmy zajęci własnym życiem - pracą, rodziną, znajomymi, aż nie zauważyliśmy, iż w ogóle już nie piszemy do siebie smsów, nie dzwonimy tak często ani nie zostajemy u drugiej osoby na noc. Łamało mi to serce. Jeszcze niedawno mieliśmy plany na wspólną przyszłość; mówiłeś, że jestem miłością twojego życia i za niedługo oświadczysz mi się, będziemy mieć wspaniały ślub, jaki sobie tylko wymarzymy, a następnie pojawią się dzieci, a dokładniej dwójka – córeczka i syn, nasze małe szczęścia, a teraz stoisz w moim mieszkaniu, chcąc prawdopodobnie wszystko zrujnować.
- Wejdziesz? – zapytałam z nutą nadziei w głosie. Kiwnął głową, a ja zamknęłam za nim drzwi. Przeszliśmy do salonu, gdzie jeszcze widniały nasze wspólne polaroidy zawieszone na „ścianie wspomnień”, byliśmy tacy szczęśliwi. Usiadłam na sofie i wskazałam ręką, by on też to zrobił. Spojrzałam na niego, a on wydawał się zagubiony w milionie myśli, które przechodzą mu właśnie przez głowę. Nie wiedział, co chce zrobić, ale znowu wydawał się taki pewny, że to właściwa decyzja. Odchrząknęłam. – O czym chcesz porozmawiać? – zapytałam, a niechciane łzy zaczęły się kreować, ale szybko je wytarłam dłonią.
- Sądzę, że powinniśmy zerwać. Nie czuję już tego, co czułem dawniej i również nie chcę cię okłamywać, znalazłem lepszą osobę, którą chce, żeby była w moim życiu. Naprawdę mi przykro – to były jego ostatnie słowa, zanim uderzyłam go w twarz i wyrzuciłam zza drzwi. Wszystko inne widziałam już za mgłą. Tego samego wieczoru wzięłam pierwszy raz alkohol do ust od lat, tęskniłam za tym smakiem goryczki, a teraz znów mogłam ją poczuć. Cztery lata poszły na marne jednym wypowiedzianym zdaniem. C z t e r y  lata można kogoś kochać, a wystarczy sekunda, by móc znienawidzić tę samą osobę. Dlaczego musi to aż tak boleć?
Wstałam z podłogi, na którą wcześniej zsunęłam się, gdy piłam wino i podeszłam do dużego lustra w przedpokoju. Zobaczyłam przerażoną, a przede wszystkim załamaną kobietę, aż chciałam ją zawołać i przytulić, jednak zdałam sobie sprawę, że to przecież jestem ja. Włosy poszarpane, makijaż rozmyty, a koszula rozpięta przez brak guzików, ukazująca mój dekolt, a łzy dalej płynące po policzkach.  Weszłam do łazienki, zmyłam makijaż i przebrałam w bardziej komfortowe ubrania, a później pobiegłam do „ściany wspomnień” i wszystkie wspomnienia związane z  n i m  rozdarłam i spaliłam.
Dziś mija dokładnie miesiąc od naszego zerwania, choć jesteśmy dorosłymi ludźmi i myślimy, że potrafimy poradzić sobie sami ze wszystkimi sprawami na świecie, wcale tak nie jest. Każdy potrzebuje nawet najmniejszej pomocy ze strony innej osoby, jednak nie potrafię dopuścić do siebie takiego myślenia. Widziałam ciebie w klubie przez przypadek, gdy zapijałam swoje smutki i problemy. Byłeś tam ze swoją nową miłością, wyglądaliście tak cudownie, jakby nie widać było po tobie różnicy, iż zerwałeś kilka tygodni temu ze swoją wcześniejszą kobietą. Widziałam, jak obydwoje śmialiście się z żartów znajomych, jak całowaliście się na oczach każdej osoby w klubie Rodeo Drive. Byliście tacy szczęśliwi.
Wybiła dokładnie godzina pierwsza w nocy, ty się bawisz, a ja konam.

20.7.18

Niebo istnieje, naprawdę


4.


Severance Hospital w Seulu tonął w ciepłych barwach jesieni. Złotobrązowe kolory dobijały się poprzez okna razem z promykami słonecznymi. Wiele chorych postanowiło wyjść na dwór, cieszyć się piękną pogodą, która przerwała tydzień deszczu. Wiatr, który przyjemnie całował ich twarze był czymś, czego potrzebowali. Niektóre osoby wyszły po raz pierwszy od kilku miesięcy, co było słychać przez śmiechy i głośne, radosne rozmowy.
Sehuna obudziły głośne rozmowy pielęgniarek z Jonginem. Jedna z nich podeszła do okien i je uchyliła, natomiast druga rozdała śniadanie, typowe dla szpitali. Chłopak otworzył oczy i od razu wziął pilota, by podnieść łóżko w górę, a sam poprawił się, by było mu wygodniej. Sięgnął po jedzenie i próbował choć trochę zjeść, jednak wciąż był przerażony operacją, która miała sie odbyć na drugi dzień. Dużo osób powiedziałoby, iż nie ma się czego bać, podają Ci narkozę i nie czujesz niczego, jednak Sehun miał inne zdanie na ten temat. Po prostu się bał. Bał się, że operacja może się nie udać, a on zostanie zapomnianym nastolatkiem. Bał się, że resztę życia spędzi, jako kaleka. Miał wiele powodów, aby czuć niepokój.
- Co się dzieje? - z myśli wyrwał go Jongin, który ewidentnie martwił się o chłopaka. Dwudziestolatek usiadł na łóżku i wyciągnął coś z szafki obok. - To brelok z moim imieniem. Wiem, że to może wydać ci się dziwne, jednak chciałbym, żebyś mnie pamiętał i nie bał się tej operacji, lekarze są tu świetni! - uśmiechnął się szeroko i włożył brelok do dłoni Sehunowi. Również się uśmiechnął i zaczął przyglądać się prezentowi, który dostał. Imię Jongin było pięknie wygrawerowane w srebrze, a całość została przekształcona na unikatowy brelok, który należał już do Sehuna.
- Dziękuję, naprawdę - odpowiedział i spojrzał na starszego. Nagle jego perspektywa, co do chłopaka zmieniła się całkowicie. Zauważył, jak jego czarne włosy opadały mu na oczy i opaloną twarz, choć sama jego karnacja była dość ciemna. Jak pojawiały się zmarszczki koło oczu, gdy się szeroko i prawdziwie uśmiechał, a w tym samym czasie układały się w eye smile. Mały tik u jego lewej ręki, gdy czytał od czasu do czasu się trzęsła. Wszystko wydało się tak idealne, a jednocześnie tak rajskie, jakby stworzył go sam Bóg. Sehun nawet nie poczuł, jak samotna łza spłynęła po jego policzku. Przez moment poczuł się ważny, kochany i potrzebny; odkąd stracił mamę, nie czuł tych uczuć, były znów dla niego czymś nowym.
~~~
Była godzina siedemnasta dwadzieścia, dopiero wtedy odwiedził go ojciec z macochą. Ubrani oboje na czarno weszli na salę numer piętnaście, gdzie leżał ich syn i jego kolega. Sehun od razu zobaczył, że coś jest nie tak i zapytał o co chodzi. Kobieta i mężczyzna popatrzyli na siebie, i posmutnieli, oznajmili, iż druga najważniejsza osoba w życiu zmarła. Po długiej walce z chorobami oraz starością, zmarła jego babcia. Dopiero teraz chłopak zdał sobie sprawę, jak bardzo życie może być kruche. Jednego dnia ktoś żyje, posiada rodzinę i próbuje być najlepszą wersją samego siebie, a następnego może go nie być. Następnego dnia Sehun oddaje swoje życie w ręce lekarzy, jednak tak może być i z nim.
Wziął w dłoń brelok od swojego przyjaciela z sali i przycisnął mocno do serca. - Tak bardzo się boję, babciu - powiedział cicho.


a/n Dzisiaj troszeczkę krótszy rozdział, gdyż w następnym chcę głównie skupić się na niebie i jak to wygląda dla Sehuna. Mam nadzieje, że się spodoba. Nie został sprawdzony, więc wszystkie powtórzenia oraz błędy zostaną poprawione w przyszłości.

3  |  5►

20.7.18

flower [taekook]

Tytuł: Flower
Paring: Taekook (Taehyung x Jungkook)
Gatunek: drabble, angst
Ostrzeżenia: morderstwo
Fabuła: Byłeś dla mnie kwiatem. Jesteś dla mnie kwiatem. Proszę, bądź moim kwiatem.
cover // story; cavstil
- Jungkook - zwróciłem się do niego delikatnym, ledwo słyszalnym głosem. Siedziałem na kanapie z pistoletem w dłoni, a on leżał obok stolika, wykrwawiając się. Przez długi czas patrzyłem przez okno na zmieniające się światła z koloru czerwonego na żółty, a potem zielony, dając znak kierowcom, że mogą ruszać samochodem lub przechodniom, że mogą przejść na drugą stronę ulicy. Na pięknie zachodzące słońce, dające ciepłe kolory. - Taki cudowny widok. Szkoda, że nie możesz tego zobaczyć - spojrzałem w jego stronę i szepnąłem.
Wstałem i podszedłem do mojego, już martwego kochanka. Leżał blady w kałuży swojej krwi, kosmyki włosów opadały na twarz, jednak usta dalej pozostawały różowe. Wyglądał, jakby dalej żył, był z moją osobą; jakby zaraz miał wstać i znów będziemy się kochać, jak przez całe nasze życie.

- Odkąd ciebie poznałem, zawsze widziałem w tobie kwiat, obojętnie jaki. Byłeś, jak z bajki. Piękny, rajski i fascynujący, lecz w tym samym momencie tak kruchy, jak płatki kwiatu. Bałem się Ciebie dotknąć, myśląc, że rozpadniesz się w moich dłoniach na kawałki. Obserwowałem Twoją osobę dość długo z oddali. Uśmiech rozpromieniający każdy pochmurny dzień, wspaniała sylwetka. Przez cały ten czas byłeś dla mnie, jak kwiat. Jungkook, jesteś moim ideałem - łzy zaczęły płynąc po mojej gorącej buzi. Usłyszałem pukanie do drzwi oraz dzwonek, a następnie kilka osób oznajmiających, iż są z policji; bym się poddał i oddał się w ich ręce. Nachyliłem sie nad moją miłością, pocałowałem go w polik, a następnie zamknąłem mocno oczy i przyłożyłem pistolet do głowy. - Kocham Cię, Jungkook. - strzeliłem, w tym samym momencie policja wyważyła drzwi, a nas obu już nie było.

hej, hej! witam Was z moim nowym drabblem, który w prawdzie miał być fluffem, a zmienił się w angst o morderstwie. Pragnę wrócić znów do pisania i na pewno w przyszłości zobaczycie kontynuację Niebo istnieje, naprawdę, Destroyed i reszty, której nie ruszałam od mojej dłuuugiej przerwy. Mam nadzieję, że Flower zostanie miło odebrane. Drabble jeszcze nie został sprawdzony, więc w przyszłości może troszkę się zmienić.

22.2.16

eyes [hunhan]

Tytuł: Eyes
Gatunek: angst, drabble
Paring: hunhan
Ostrzeżenia: Powtórzenia są zrobione specjalnie. Brutalne sceny.
Fabuła: Oczy Luhana były dla Sehuna czymś więcej.


Ujrzałem oczy, które pamiętać będę do końca swojego życia. Oczy osoby jedynej w swoim rodzaju, a jakże zwykłej w codziennym zachowaniu. Oczy, jakie pokochałem od naszego pierwszego spotkania i te oczy, co świeciły dla mnie, gdy wychodziliśmy na randki, a on na mnie patrzył. Uwielbiałem, kiedy to robił. Robił to w taki sposób, że mogłem poczuć się kochany, jednakże nie wystarczało mi to na długo. Stałem się pazerny, pragnąłem, by był przy mnie przez cały dzień i po prostu patrzył się na mnie, ponieważ jego wzrok to jedyne czego chciałem. Wszystko inne było bezwartościowe.
On, jednak długo tak ze mną nie wytrzymał.
Codziennie kłóciliśmy się o głupie błahostki, które wywarły na nasz związek nieprzewidywalny koniec. Luhan pragnął gdzieś pójść, podczas gdy ja chciałem leżeć na kanapie i oglądać jak jego oczy przepięknie zmieniały kolor w innym świetle dnia. Odczuwałem w tym zajęciu ulgę, jednak mężczyźnie się to nie podobało – nasz związek. Sądził, iż jest jedyną jednostką walczącą o to, byśmy przetrwali. Nigdy się z tym nie zgodziłem.
Walczyłem całym swoim sercem, bym mógł go kochać i ukradkiem spoglądać na jego piękno, gdy ten był czymś zajęty.
Stało się.
                Luhan postanowił zrobić sobie przerwę ode mnie, a ja nie potrafiłem żyć bez jego oczu. Wszystko zdawało się walić, gdy przy mnie go nie było, gdy nie czułem jego bliskości. Wszystko zmierzało do jednego, choć ja się zawziąłem i postanowiłem wszystko uratować.
Teraz jesteśmy jeszcze bliżej, niż wcześniej mogliśmy być.
Mam oczy Luhana, które będą przy mnie do końca.


~*~
 Cóż, naprawdę dziwnie się teraz pisze, gdy przez taki długi czas nic się nie dodawało. Właściwie, to cieszę się, że wena pozwoliła mi na napisanie czegoś, bo naprawdę tego potrzebowałam. Drabble, bo drabble, jednak po tej przerwie ciężko jest mi ubrać w słowa cokolwiek. Właściwie to jestem dumna z tego drabble. Mam nadzieje, że ktoś tutaj jeszcze pozostał i przeczyta Eyes :)

9.4.15

3. Niebo istnieje, naprawdę...

3.
Dokładnie w ten sam dzień przyszedł do mnie doktor i powiedział, że operację będę miał za dwa dni. Odetchnąłem z ulgą, bowiem mogłem się psychicznie oraz fizycznie przygotować się na to wszystko, co z moją osobą się wydarzy. Umrę lub pozostanę żywy. Osobiście wolałem w pewnym sensie umrzeć, to właśnie, dlatego paliłem papierosy i samookaleczałem się nieraz. Samookaleczenie, depresja i cały ten ból psychiczny nie były dobre dla mojego zdrowia. Wyniszczałem sam siebie, raz przez anoreksję, a innym razem przez bulimię. Ciąć zacząłem się już w szóstej klasie szkoły podstawowej, gdy wszystkie osoby z klasy ze mnie szydziły. Nie potrafiłem sobie sam pomóc ani nikt inny tego zrobić nie mógł, dlatego wtedy po raz pierwszy sięgnąłem po metalową część od temperówki. Wziąłem śrubokręt, starannie odkręciłem śrubę, a resztę niepotrzebnej mi już strugaczki wyrzuciłem gdzieś w kąt. Przyłożyłem plecy do szafy i osunąłem się na ziemię. Metalową częścią szybko przejechałem po ręce, zostawiając na niej poziomą, cienką linię. Krew powoli wypływała, a ból zaczął przybierać inną postać, mianowicie dużej ulgi. Biała linia przybrała kolor czerwonej. Pozwalałem krwi jeszcze trochę wypłynąć, po czym wziąłem trzy listki papieru toaletowego i położyłem na zimnej ręce, by wsączyło całą czerwoną wodę. Wstałem i otwarłem szufladę, która była pod umywalką, znalazłem w niej plaster, który idealnie pasował do rany. Przylepiłem go i wyszedłem powolnym krokiem z toalety. Tata nic nie wyczuł, myślał, że jestem szczęśliwym dwunastolatkiem, podczas gdy to była jedna z trzech prawd – gówno prawda. To był pierwszy raz, gdy postanowiłem się pociąć.
Moim drugim razem była klasa druga gimnazjum, gdy ludzie ze starej szkoły postanowili spieprzyć mi gimnazjalne życie doszczętnie. Wszyscy podchodzili do mojej nowej klasy i nagadywali na mnie jakieś bzdury, które aż w głowie się nie mieściły. Miałem dość życia. Od razu po przyjściu ze szkoły, chwyciłem żyletkę w dłoń i pociąłem oba uda. W poprzednim roku nauczyłem się tego, by ciąć tam, gdzie jest najmniej widoczne miejsce, bowiem wszyscy mają ciebie głęboko w dupie i nie przejmują się twoją sytuacją, nie ważne czy psychiczną, czy fizyczną. Powtarzałem wszystkie te czynności do końca trzeciej klasy gimnazjum.
W wakacje z trzeciej gimnazjum na pierwszą liceum, chciałem wszystko zmienić, dlatego poprosiłem ojca, byśmy się przeprowadzili, a on się zgodził. Powiedział, że sam myślał nad tym już od dłuższego czasu i dzisiaj chciał ze mną o tym porozmawiać. Ucieszyłem się na samą myśl, że będę mógł zacząć wszystko od nowa, dlatego też postanowiłem się całkowicie zmienić. Od przyszłego roku w nowej szkole chciałem być bardziej śmiały, nie tak jak aktualnie byłem nieśmiałym pośmiewiskiem klasy. Zmieniłem się doszczętnie.
Pierwszy dzień w nowej szkole nie był taki łatwy, jak można było sobie o tym pomyśleć, jednakże było dużo lepiej niż w poprzednich. Nikt nie patrzył się głupkowato na mnie, gdy przechodziłem przez korytarz. Żadna osoba nie wiedziała o mnie niczego, dlatego ten mój malutki świat uwielbiałem najbardziej.

▲▼

Usiadłem na łóżku, podpierając się łokciami o najwyższą część. Pragnąłem zobaczyć czy jakaś osoba z mojej rodziny została na korytarzu. Nigdy nie lubiłem, gdy ktoś za bardzo się o mnie troszczy, dlatego wolałem, aby nikogo tam nie było. Przeliczyłem się, ponieważ siedziała tam moja macocha, Seohyun. Z nią nigdy nie było nic wiadomo, raz dało radę przeprowadzić normalną konwersację, a minutę później zaczynała swoje zwyczajne gadanie. Kobieta była nienormalną zdzirą. Gdy ta nie słyszała, zawsze ją potrafiłem wyzywać od najgorszych, ponieważ wiedziałem, co robi za plecami mojego ojca. Codziennie lub cztery razy w tygodniu wychodzi po dwudziestej pierwszej, jedzie taksówką pięć ulicy dalej i wysiada pod najbliższą latarnią. Ściąga płaszcz, który zawsze ma na sobie i widać jej ubrania, bardzo obcisłe. Z bluzki prawie wylatują jej piersi, ubrała ją specjalnie. Wstyd mi za taką macochę. Zdzira. Od momentu, gdy moja prawdziwa mama zmarła, całe moje życie się posypało. Było po prostu do dupy.
Popatrzyłem się w prawą stronę i zobaczyłem śpiącego Jongina, który dodatkowo miał na uszach słuchawki od swojego telefonu. Nie rozumiałem jego nawyku spania ze słuchawkami w uszach, to było dla mnie nieetyczne, a tym bardziej dla zdrowia. Gdy śpisz, twoja osoba bardzo się wierci, dlatego każda słuchawka z osobna, którą możesz ,,włożyć do ucha" (a/n: taka), mogła po prostu uszkodzić ci coś w tym uchu. Jongin był posiadaczem takiej słuchawki, jednakże była bezprzewodowa, dlatego jego telefon leżał na stoliku. Po niedługim namyśle, postanowiłam, iż nauczę go, by nie spał w tym niosącym głuchotę sprzęcie. Usiadłem na łóżku, podniosłem się i szybko chwyciłem jego iphone'a. Kliknąłem w przycisk, który włącza ekran i przejechałem po nim placem w prawą stronę. Miał ustawiony kod, którego niestety nie znałem, jednakże pomyślałem, że warto spróbować tych najłatwiejszych sposobów, czyli ,,1234" - nie udało się, a telefon zaczął wibrować.
- Okej, Sehun. Jeszcze raz! - Pomyślałem i postanowiłem spróbować jeszcze raz. Kliknąłem w cyferki ,,2468", ale również się nie udało. - Do trzech razy sztuka, nie? - Zapytałem sam siebie i wcisnąłem datę urodzenia Jongina, czyli ,,9401". Szybko zamknąłem oczy, gdyż nie chciałem widzieć, czy znowu się nie udało. Tym razem aparat telefoniczny nie wibrował, więc otworzyłem oczy i zobaczyłem tapetę Kima. Trochę to było niemoralne ustawiać swoją datę urodzin na blokadę, ale on zawsze mnie czymś zadziwiał. Kliknąłem w ikonę muzyki i zobaczyłem piosenkę, którą aktualnie słuchał, a dokładnie ,,Robbers" The 1975. Po kliknięciu w głośnik, rozsunął mi się on cały, dlatego przesunąłem go na cały regulator i szybko odłożyłem telefon na swoje miejsce. Jongin za chwilę się podniósł i wyciągnął sprzęt z uszów.
- Ty jesteś nienormalny? - Krzyczał, bo nadal brzęczało mu w uszach. - Stary, ogłuchłbym. – Powiedział z kamienną twarzą, a ja nie mogłem przestać się śmiać z mojego współlokatora. Dzisiaj dopiero zobaczyłem jak to wszystko zmieniło moją osobowość i ogóle to, że nie byłem już taki aspołeczny jak wcześniej. Uwielbiałem przebywać z drugim człowiekiem, a gdy tego nie było, robiłem się znowu smutny i samotny. Cały ten rak wywarł na moje życie wielkie znaczenie, ponieważ to przez niego tak się zmieniłem. Zacząłem patrzyć na świat z otwartymi oczami i właśnie wtedy zobaczyłem, jaki on może być przepiękny bez tych wszystkich niepotrzebnych kłótni, które były stałym gościem u mnie w domu. Nie widziałem już świata przez przymrużone oczy i byłem z tego fakty naprawdę dumny. Mogłem wtedy stwierdzić, że faktycznie wszystko się zmienia, nic nie pozostaje takie samo i to było cudowne.
- Sehun, doktor powiedział ci w końcu, kiedy będziesz miał operację? – Zapytał ponownie Kim. Przypomniałem sobie, że był on w tym momencie w toalecie i nie słyszał niczego, co lekarz Wallen powiedział.
- Powiedział, że operację będę miał za dwa dni i żebym się do niej przygotował. – Odpowiedziałem w mgnieniu oka. Mężczyzna popatrzył się na mnie pytającym wyrazem twarzy. – Psychicznie i fizycznie. – Wyjaśniłem, a on zrozumiał, co mam na myśli. Każdy pacjent przed swoją pierwszą operacją się boi, dlatego lekarze wszystko mówią minimalnie dwa dni przed nią.
- Pierwsza operacja? – Zapytał.
- Tak – Odpowiedziałem krótko.

Dzień dobry! Przepraszam Was za kolejny tak krótki rozdział, jednakże ostatnio nie mam weny, a gdy mam nagle pomysł na jakiegoś one shota, to w mgnieniu oka on ulatuje. Hipsari powoli umiera, dlatego dodaję trzecią część w taki sposób, a nie inny. Bardzo Was przepraszam, ale mam nadzieję, że się spodoba, bo ta część jest może i nudna, ale bardzo ważna w całym tym opowiadaniu.
NIESPRAWDZONE!
Dodatkowo postanowiłam, iż zawieszę niektóre opowiadania, gdyż na razie nie mam na nie weny.

◄2   4

22.3.15

Destroyed #1

Tytuł: Destroyed (Mental Hospital sequel)
Gatunek: angst, au
Paring: Kaisoo
Ostrzeżenia: Przekleństwa
Sequel to: Mental Hospital
Fabuła: Jongin myślał, że już nigdy nie spotka swojego ukochanego. Los, jednak kryje w sobie niespodzianki.
A/N: Cóż ciekawego mogę powiedzieć o tym shocie. Na pewno to, że będzie on dosyć długi, dlatego postanowiłam go rozdzielić na kilka części. Dzisiaj kończony, więc mogą pojawić się błędy oraz powtórzenia wiadomości. W przyszły weekend powinnam go sprawdzić, ale nic nie obiecuję. W pewnym stopniu ten shot opisuje moje życie, więc jest dla mnie bardzo ważnym i nie chcę nic w nim zepsuć. W każdym razie jestem zadowolona z początków, ponieważ tak super go opisałam (przynajmniej tak mi się wydaje). Mam nadzieję, że się spodoba.
edit. do wszystkich tworów zostały dodane odpowiednie akapity
Powtórzenia są specjalnie. 

3 lata później

Moja historia, którą dzisiaj opowiadam ludziom, zaczęła się dokładnie trzy lata temu w szpitalu psychiatrycznym. Nigdy nie potrafiłem docenić tego, co dostawałem. Zawsze łaknąłem, by mieć wszystko, plus jeden. Życie odpłaciło mi się pięknym, za nadobne. Trzy lata temu straciłem jedyną ważną dla mnie osobę, Kyungsoo. Uświadomiono mi to dopiero dwa lata po opuszczeniu psychiatryka. Gdy mogłem czuć obecność Kyungsoo, nie czułem się samotnym samobójcą, lecz zwyczajną osobą, wraz ze zwyczajną przeszłością. Wszystko się popsuło.
Otworzyłem oczy, przetarłem je powoli i postanowiłem wziąć krótki prysznic, by cała przeszłość mogła opuścić mnie już na wieczność. Pragnąłem tego, aby historia się nie powtórzyła, tak jak to lubi robić, ale wiedziałem, że moje oczekiwania były zbyt wysokie. W końcu kiedyś będę się ciąć tak jak robiłem to przed szpitalem, w nim i teraz klika kresek. Wszystko powróci tak szybko, jakby w ogóle nie miało miejsca żadne zdarzenie, które było w moim życiu. Jednakże był tego jeden plus, a mianowicie to, że poznałbym Do Kyungsoo jeszcze raz i mógłbym powiedzieć mu, co do niego czuję. Całe moje szczęście, prysnęło kurwa jak bańka mydlana, której nie da się na nowo stworzyć.
Życie jest zabawne. Kiedy myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki robią się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo się zgubić.[1]
Wziąłem ręcznik i zacząłem wycierać ciało. Zauważyłem blizny na nogach, które zrobiłem przed pobytem w psychiatryku. Nigdy nie zwracałem na nie większej uwagi, myślałem, że to właśnie mój sens życia - robienie blizn dzięki żyletce i powolne umieranie. Nic nie mogło rozjaśnić mojego wnętrza, w którym cień tlił się od dawna. Jestem bardziej martwy, niż żywy.
- Przepiękne - pomyślałem na widok moich blizn. Od zawsze podobały mi się takie rany na ciele, wtedy widać było przez co przeszedł człowiek. Nienawidziłem osób, które od urodzenia miały idealne życie, dla mnie to było nierealne. Życie składa się z dwóch najważniejszych elementów, które idealnie ze sobą współgrają; element lepszy, czyli ten, w którym łapiemy wszystkie najlepsze momenty naszego życia i nie chcemy ich już nigdy puścić oraz element gorszy. W etapie tym, wszystko się nam rujnuje. Całe to perpetum mobile wystawia nas na próby, niektórych nie jesteśmy w stanie wytrzymać psychicznie i fizycznie. Nigdy potem nie jesteśmy tacy sami. Zmieniamy się. Nasz charakter jest inny, nabieramy zupełnie nowych cech, które za jakiś czas będziemy za wszelką cenę się pozbyć. To właśnie jest życie. Składa się ono z lepszych i gorszych etapów, nigdy nie jest idealne.
Wyszedłem z łazienki i podszedłem do szuflady, z której wyciągnąłem nową parę skarpetek i bokserek. Następnie podszedłem do szafy, otwarłem ją i wyciągnąłem z niej czarne spodnie od dresów i białą koszulkę. Na dworze było naprawdę przepięknie, dlatego postanowiłem wyjść i przejść się gdziekolwiek. To właśnie była ta zmiana, która nastąpiła po szpitalu psychiatrycznym. Już nie bałem się opinii ludzi na mój temat, tylko szedłem przed siebie, nie patrząc się na wyrazy twarzy innych. Wszystko z czasem przyszło naturalnie, automatycznie.
Wziąłem klucze do ręki i otworzyłem drzwi, pierwsze promienie słońca były już na mojej twarzy. Uniosłem rękę z kluczami, by te mnie nie raziły w oczy i powoli wyjść z domu, bez jakichkolwiek uszczerbków na zdrowiu. Opuściłem rękę i mogłem już zauważyć pierwsze dzieci, które bawiły się w tak piękną pogodę. Nienawidziłem dzieci, ale to był naprawdę cudowny widok, gdy te bawią się szczęśliwe ze swoimi rówieśnikami i rodzicami. Chciałbym wrócić do dziecięcych lat, gdy nie miałem tyle problemów co teraz. Kiedy dziwiłem się, że ktoś popełnił samobójstwo, bo w końcu życie to dar od samego Pana Boga i aktualnie co mogę o tym powiedzieć to, to jak szybko się niektóre rzeczy zmieniają.
Gdy wyszedłem przed ogrodzenie, skręciłem zaraz w prawą stronę, by przejść przez skróty do Starbucks'a. Bardzo lubiłem z niego kawę, poza tym nie lubiłem robić sobie jej sam. Jedno przysłowie mówi, że wszystko lepiej smakuje, gdy ktoś to przyrządzi, a nie gdy zrobi się to samemu. Uliczki były bardzo wąskie i pomalowane graffiti, czułem się tak jakbym grał teraz w jakimś filmie, który niestety nie zdobył żadnych nagród. Był po prostu beznadziejny, tak jak jest moje życie od samego początku. Ludzie mijali mnie, tak jakbym był zupełnie normalną osobą, ale pomyśleć, że gdyby dowiedzieli się, że taka nieśmiała osoba jak ja była w szpitalu psychiatrycznym, uważaliby, że na pewno zaraz wyciągnę pistolet i pozabijam ich wraz ze mną. No właśnie, ze  m n ą, ale się bałem.
Byłem już niedaleko Starbucksa, dlatego powoli wyciągnąłem już portfel z mojej torby, którą zdążyłem chwycić, gdy wychodziłem z domu. Często spotykałem się ze słowem ,,pedał" w moją stronę, właśnie przez tą torbę na ramię. Naprawdę nie mogłem zrozumieć tego ludzkiego pokolenia. Nikt nie był tolerancyjny, na ulicach można było spotkać tylko homofobów, rasistów i nikogo zupełnie normalnego. Pewnie jakbym im powiedział, że jestem gejem, poszczuliby mnie psami. Zero szacunku dla ludzi, którzy odstają od rzeczywistości.
Wszedłem do kawiarni, niektórzy ludzie spojrzeli w moją stronę, a za chwilkę wrócili do zajęcia, którym zajmowali się przed moim przyjściem. Kolejka do kasy nie była aż tak długa, jak mogło się to wydawać; osoby, które w niej stały, bardzo szybko składały swoje zamówienia, tak, że po jakiś czterech minutach sam mogłem je złożyć. Zamówiłem to co zwykle, czyli latte macchiato, tym razem jednak kawę wziąłem na wynos. W środku było pełno ludzi, nie lubiłem przebywania w takich zatłoczonych miejscach. Moje perpetum mobile było cały czas odseparowane od większej ilość ludzi, dlatego byłem dość aspołecznym człowiekiem.
Opuściłem sklep i postanowiłem przejść się przez park, uwielbiałem takie miejsca. Idealne do rozważania nad wszystkim i niczym; do porozmawiania z kimś na spokojnie lub po prostu do wybrania się na jakiś długi spacer po mieście, tak jak ja aktualnie postanowiłem zrobić. Jesień zbliżała się bardzo powolnymi krokami, choć można było już ją wyczuć w niektórych okolicach. Kochałem przechadzać się po ulicach pełnych od zieleni oraz je fotografować. Miałem jedyne zajęcie, które lubiłem robić, a mianowicie fotografia. Uważałem, że to unikatowe i wspaniałe, chwytać jakiś cudowny czas na malutkim zdjęciu.
Kończąc moją kawę oraz spacer, skręciłem nieświadomie w prawą stronę i znalazłem się w nieznajomej dla mnie uliczce. Chciałem jak najszybciej się stamtąd wydostać, by przypadkiem całkowicie się nie zgubić, ale moją uwagę przykuła malutka księgarnia, która aż prosiła się, aby do niej wejść. Widać było, że jest naprawdę stara i nie ma zbyt wiele klientów, ale z samego patrzenia na nią można było wywnioskować to, że codziennie przychodzili jacyś ludzie, którzy mogli zostać nazwani już stałymi klientami.
Postanowiłem do niej wejść, chciałem po prostu dowiedzieć się jak było w środku. Nogi zaczęły iść same, zanim się obejrzałem, byłem już w środku. Mój wzrok przechwycił tylko jedno stoisko z kasą oraz około sześć stołów, by ludzie mogli poczytać literaturę bez jej kupowania. Bardzo lubiłem takie miejsca, bowiem były one naprawdę wygodne. Na wszystkich sześciu stołach były poukładane książki, od tych starszych do najnowszych. Chwyciłem pierwszą z brzegu książkę i przeczytałem tytuł ,,Zbuntowana"; słyszałem o niej. Trylogia ,,Niezgodna". Chwilkę na nią patrzyłem, lecz po dłuższym namyśle postanowiłem, iż usiądę i zaglądnę do jej środka.
Tejże książka tak bardzo mnie wciągnęła, że nawet nie zauważyłem, że czytałem już rozdział piętnasty i nie mogłem się od niej oderwać. Wstałem więc z krzesła i podszedłem do kasy, by ją kupić.
- Przepraszam - krzyknąłem, by właściciel lub pracownik przyszedł. Przez pewien czas nikt nie przychodził, dlatego krzyknąłem jeszcze raz. Głowę odwróciłem do drzwi, skąd powinien wychodzić personel. Nie przeliczyłem się, faktycznie ktoś stamtąd wyszedł. Postura tego człowieka była mi bardzo dobrze znana, jednakże za Chiny ludowe nie mogłem przypomnieć skąd, dopóki nie ujrzałem jego twarzy.
To był Kyungsoo.
Ten Kyungsoo, którego poznałem w szpitalu psychiatrycznym i ten Kyungsoo, którego pokochałem wtedy i kocham do dzisiaj. Nie mogłem uwierzyć w to nieszczęście lub szczęście, które mnie spotkało. Nie byłem przygotowany na tak wczesne spotkanie z tą osobą. Los kryje za sobą wiele niespodzianek, ale po prostu to wszystko było za szybko. Mimo tego, że minęły pełne trzy lata, to i tak nie byłem na to przygotowany. Chyba nigdy nie byłbym.
- Dwadzieścia pięć złotych - powiedział, gdy wziął ode mnie książkę, a następnie uśmiechną się tym swoim promiennym uśmiechem. Widzę, że wyszedł całkowicie ze swojej depresji; odwyku można by powiedzieć. Stałem z portfelem w ręku i jak ostatni idiota, patrzyłem się na niego. - Wszystko dobrze? - zapytał.
- Ty. Nie pamiętasz mnie? - chciałem znów zobaczyć tego Kyungsoo, który widział we mnie tylko Jongina. Jongina, który był zwykłym dzieciakiem z niemałymi problemami. Każdy sądził mnie jako chłopaka bez przyszłości, z depresją, popijającego wódkę bezdomnego. On był tym, który był inny.
- Powinienem? - zapytał bez jakichkolwiek uczuć. Wiedziałem, że mężczyzna nie pozna mnie od razu, ale byłem bardzo zaskoczony faktem, że on mnie wcale nie poznał. Każdy kto widział mnie chociaż raz, zawsze poznawał moją twarz. Byłem więc w błędzie?
- Nie, przepraszam. Pomyliłem pana z kimś innym. - Powiedziałem i szybko rzuciłem pieniądze na blat. Kasa fiskalna wydrukowała paragon, zapakowałem książkę do torby i wyszedłem z księgarni. - Nigdy więcej tam nie wchodzić - powiedziałem sam do siebie. Wcześniej, gdy wchodziłem do tej ulicy, sądziłem, że można się bardzo łatwo zgubić. Myliłem się.

[1] - Cecelia Ahern, Love, Rosie

23.1.15

2. Niebo istnieje, naprawdę...

2.


- Czemu się śmiejesz? - zapytałem. Nigdy nie zdarzyło mi się, by dowolna osoba, która zapytała się mnie o wiek, się zaśmiała. Raczej są reakcje typu ,,Oh". On był pierwszy i chyba ostatni.
- Odruch. - Odpowiedział ze łzami w oczach, które oczywiście były ze śmiechu. Dziwiłem się, że ktoś potrafi rozpłakać się, kiedy się śmieje. Dla mnie było to niemożliwe, nie potrafiłem szczerze się uśmiechnąć, a co dopiero płakać. Nigdy nie robiłem tego przy drugiej osobie, moją reakcję próbowałem zawsze dostosować do sytuacji — gdy komuś było smutno, to ja także próbowałem być smutny; gdy ktoś był szczęśliwy, chciałem, aby widział, że ja także potrafię cieszyć się jego szczęściem. 
Nie umiałem. Moje ,,odruchy" były bardzo nienaturalne.
- Ty jesteś głupi sam z siebie, czy ktoś ci za to płaci? - zapytałem, gdy Jongin trochę się uspokoił.
- Gratis jest - nie oczekiwałem jakiekolwiek odpowiedzi od niego, ale to było kojące. W środku cały byłem uradowany, że chłopak potrafi mieć poczucie humoru w jego aktualnej sytuacji. Większość ludzi, którzy chorzy są na raka, nie mają zbyt dużo nadziei, że wyleczy się go. Każą odłączyć się od respiratora i umierają powoli na łóżku szpitalnym. W zupełności ich rozumiałem, jeszcze przed poznaniem Kaia myślałem o samobójstwie, chciałem zniknąć z tego świata pozostawiając po sobie otwarte blizny, które nigdy się nie zagoją. Po poznaniu jedynego szczęśliwego człowieka z rakiem, zrozumiałem, że ciche zniknięcie jest nierealne. Zawsze pojawi się osoba, która będzie bardziej cierpiała, niż jakikolwiek człowiek rodziny, a jej rany się nie zamkną.

Wyciągnąłem rękę do szafki i wyjąłem z niej paczkę Marlboro Gold 100's. Następnie, dzięki kijowi, który dała nam jedna z sióstr, by otwierać okno, uchyliłem je i wyciągnąłem z paczki szluga. Zapaliłem go i zacząłem kurzyć. Kochałem palić, było to jedno z moich ulubionych zajęć w ciągu dnia. Gdy macocha z ojcem krzyczeli na mnie za błahe sprawy, zazwyczaj wychodziłem i paliłem. Każda czynność wykonywania przy tym, odprężała mnie — zaciągnięcie się; przyjemne pieczenie w gardle, przełyku i w płucach; a na końcu wypuszczanie przepięknych kształtów z dymu. Paliłem po to, by szybciej umrzeć, ale powstawała także przyjemność, której nie mogłem się wyrzec.

Skończyłem palić, papierosa wyrzuciłem do mojej szafki i zaciągnąłem na siebie kołdrę, obróciłem się na lewy bok, tak, że byłem teraz twarzą do ściany. Była popękana w niektórych miejscach.
- Stara - pomyślałem, lecz wcale nie zdziwiłem się. Wszystko w budynku tego szpitala było przestarzałe, poczynając od samej budowli, po pielęgniarki. Nie pracowały tutaj młode dwudziestolatki, lecz kobiety w wieku lat czterdziestu pięciu do sześćdziesięciu. Szpital został wybudowany, aby starsze kobiety i starsi mężczyźni, mogli się tutaj wykazać. Do pracy przeważnie biorą młode siostry, a tutaj wolą doświadczone i z większą wiedzą.
Ojciec wybrał go ze względu na moją prawdziwą mamę. To tutaj zmarła, dnia dziesiątego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Bardzo przeżywałem jej odejście, wiedziałem, że nigdy już nie spotkam tej cudownej kobiety. Brakowało mi jej wtedy i brakuje mi jej dzisiaj. Ona cały czas siedziałaby przy mnie i całowała w czoło, jak wtedy, gdy nie mogłam zasnąć, bo myślałem, że w szafie i pod łóżkiem są potwory. Mówiłaby do mnie, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, bo ludzie zostali stworzeni po to, by umierać. Każdy kiedyś umrze - jedni szybciej, inni później i ja jestem jednym z tych osób, które prawdopodobnie umrą w młodym wieku. Kochałem moją prawdziwą mamę bardziej niż ojca. Najgorszą chwilą w moim życiu było to, jak przedstawił mi swoją nową wybrankę. Było to zaledwie dwa lata po śmierci mamy. Podejrzewałem, że miał kochankę, ale nie powinien brać z nią wtedy ślubu. Nie byłem gotowy na nową mamusię i nadal nie wierzę w to, że stało się to w prawdziwym życiu; że ojciec miał kochankę, gdy wiedział, iż mama jest w stanie bardzo ciężkim i powoli wszystko w niej obumiera. Nie wyobrażam sobie tego, co ona musiała przeżywać, gdy ten pieprzył się z Sohyun, a ona leżała na stole operacyjnym. Wtedy jeszcze była szansa na jej przeżycie, ale na końcu swojej przygody po prostu dała spokój i była jak roślina - niby żyje, ale jej obecności nie da się wyczuć.

Obróciłem się na prawy bok i zobaczyłem Jongina, który grał w jakąś grę na telefonie. Teraz, gdy przyzwyczaiłem się, że on tutaj jest, lepiej się czuję. Mogę wreszcie otworzyć do kogoś buzię i poopowiadać wszystko co mi się przytrafiło. Byłem uradowany faktem, że nie muszę tego trzymać w sobie; że mogę komuś się wyżalić i ta osoba to słucha. Moje życie składało się głównie z posłuszeństwa się ojcu. Robiłem to co on chciał i nie miałem nic do gadania, swoje uczucia trzymałem głęboko w środku mojej osoby, by nikt się nie dowiedział, co tak naprawdę czuję. Właśnie dlatego teraz nie potrafię zachowywać się odpowiednio, gdy ktoś jest smutny lub szczęśliwy. Byłem robotem ojca, a roboty nic nie czują. Do czasu, gdy mama zobaczyła jak płaczę. Podeszła i ucałowała mnie w czoło, pozwoliła, by wszystkie bóle wyszły na jaw. Nie potrafiłem powstrzymać moich łez, a potem odeszła. Nawet nie walczyła, aby móc opiekować się swoim dzieckiem. Zostawiła mnie na pastwę losu. Nie mam jej tego za złe, nie potrafiła wytrzymać z tatą, którego przez dwa lata przed jej śmiercią, nie było całymi dniami w domu, ponieważ był u Sohyun. Mama nie dawała mi żadnych oznak, że coś jest nie tak. Chciałem być taki jak ona i dalej chcę.

- Kiedy będziesz miał operację? - Zapytał, a ja otworzyłem oczy, które wcześniej zamknąłem. Byłem tak strasznie zmęczony, miałem dość leżenia w łóżku. Chciałem wyjść na świeże powietrze i pooddychać nim. Zapach szpitala i reszty chorych tak bardzo śmierdział.

- Nie wiem, jeszcze nie ustalili po ostatnich badaniach. - Odpowiedziałem ze smętną miną w jego stronę. Miałem nadzieję, że operację zrobią mi niedługo i wreszcie będę mógł żyć swoim życiem, bowiem miałem dość podporządkowywania się ojcu. Miałem dziewiętnaście lat, wszystko było ustalone, że za miesiąc wyprowadzałem się od niego i los akurat w takim momencie napatoczył taką niespodziankę.

Wiem, że rozdział jest krótki, ale tak jak wcześniej zapowiedziałam - będę dodawała tak, jak są części. Jedne są dłuższe, a inne krótsze i tak wypadło, że rozdział drugi jest króciusieńki, drabbl można powiedzieć. Mam nadzieję, że się spodoba, bo w sumie ja jestem z siebie dumna. Nigdy tak nie rozpisałam się przy akapitach i chyba powinnam robić to częściej, haha.
Jestem na początku miniaturki ,,Don't give me so much pain" z paringiem z lotra, ale za ciula nie mogę znaleźć na nią weny (rozdział drugi NIN tak naprawdę powstawał przedwczoraj i wczoraj), więc jeszcze poczekacie. Mam zaczęty także sequel do Mental Hospital, ale nie wiem jak to wyjdzie i kiedy go dodam.
Poza tym dziękuję za tylu obserwatorów i za wszystkie komentarze. Jeszcze raz mam nadzieję, że sie spodoba i do zobaczenia!
Zdjęcie ma być złej jakości.

8.1.15

5. Infant [kaisoo]

            Tytuł: Infant
            Gatunek: au, fluff, angst
            Paring: Kaisoo
            Ostrzeżenia: Przekleństwa, Luhan to dziecko Kai'a i Kyungsoo.
       Fabuła: Jongin, który jest członkiem popularnego zespołu na cały świat EXO, postanawia odejść, gdy dowiedział się, że jego życiowy partner będzie miał z nim dziecko.
          A/N: Dzisiaj krócej, niż zwykle, ale nie chciałam tego bardziej rozbudowywać. Jest to ostatnia część tego drabbla, ale zastanawiam się nad sequelem do tego - jak chłopakom się teraz powodzi etc, więc piszcie, co o tym myślicie. Mam zaczętą drugą część NIN i mam nadzieję, że skończę ją na przyszły tydzień, ale nic nie obiecuje. Jeżeli tego nie skończę, będzie ona dopiero w ferie ;;;;;
Powtórzenia są specjalnie.

Jongin

Schodząc na dół, cały czas śpiewał tą piosenkę. Miałem jej serdecznie dość, ale ze względu na niego, nie okazywałem tego. Gdy jest się zakochany, można wytrzymać wszystko, tylko by nasza druga połówka była szczęśliwa. Widziałem, że jest w pełni szczęśliwy, ale w środku ewidentnie coś go gryzło. Za wszelką cenę, pragnąłem wiedzieć co.
Podszedł do mnie i ucałował w policzek. Stęskniłem się za tym. Była to jedyna rzecz, której nie miałem i nie mogłem tego przeboleć. Chciałem codziennie budzić się koło mojego ukochanego i codziennie dostawać od niego całusy w usta lub poliki. Chciałem go mieć przy sobie cały czas i miałem tylko nadzieję, że gdy ja jestem w pracy, on nie ma jakiegoś pomysłu, by wyprowadzić się albo mnie zostawić. O n  był całym moim światem.
- Dzień dobry - powiedziałem uśmiechając się do niego, lecz w moich oczach widać było smutek. Martwiłem się o  n a s, o niego i o nasze dziecko. Byłem gotowy rzucić pracę w cholerę i być na każde jego zawołanie. Kiedy tylko to powie.
- Jongin, nie będę owijał w bawełnę. Chcę porozmawiać z tobą, o nas. - Odpowiedział, a ja zacząłem się trząść. Bałem się, że w tym momencie powie mi, abym wynosił się z jego życia. Sądziłem, że usłyszę wszystkie słowa, których usłyszeć nie chciałem. - Co zamierzasz zrobić, gdy już nasze dziecko się urodzi? - Zapytał, nawet się na mnie nie patrzył, tylko robił śniadanie.
- Odejdę z EXO, Kyungsoo. Poszukam tutaj pracy i jakoś to będzie. - Popatrzył się na mnie z politowaniem, uniosłem kącik ust do góry. - Teraz to wy jesteście dla mnie najważniejsi — ty i Luhan. - Gdy wypowiedziałem imię Luhan, podszedł do mnie i utulił. 
- Kocham Cię i zawsze będę. - Powiedział po czym pocałował w usta. Wiedziałem, że o nic nie muszę się już martwić. Był cały mój i wiecznie mogłem się nim rozkoszować.

1.1.15

Infant | Four

            Tytuł: Infant
            Gatunek: au, fluff, angst
            Paring: Kaisoo
            Ostrzeżenia: Przekleństwa, Luhan to dziecko Kai'a i Kyungsoo.
         Fabuła: Jongin, który jest członkiem popularnego zespołu na cały świat EXO, postanawia odejść, gdy dowiedział się, że jego życiowy partner będzie miał z nim dziecko.
          A/N: Witam was kochani już z czwartą częścią drabbla z Kaisoo. Na początku chciałabym wam tak cholernie mocno podziękować za komentarze w tamtej części, ponieważ one mnie tak bardzo motywują do tego co robię. Tak naprawdę nie mam cierpliwości i już ponad tysiąc razy chciałam usunąć tego bloga (a przynajmniej nie dodawać postów). Sądzę, że w ogóle nie nadaję się do tego, ponieważ jest masę lepszych ode mnie autorek, a jednak czytacie to wszystko. To jest wspaniałe.
No i też jestem na siebie troszkę zła, gdyż są tutaj osoby, które komentują mi praktycznie wszystkie posty, a ja tego nie robię... Dlatego, gdy będę miała czas (a uwierzcie lub nie, trudno mi go znaleźć) spróbuję przeczytać, to co wy piszecie (chociaż mniejszość) i odwdzięczyć się jakoś c:




Kyungsoo
Ósma zero jeden. Otworzyłem oczy i pierwsze co zobaczyłem, to biały sufit. Lubiłem długie przesiadywanie w sypialni i patrzenie na niego. Naprawdę nie miałem pojęcia, co było w nim takie piękne, ale potrafiłem spędzić tak leżąc kilka godzin i tylko się na niego patrzeć. Teraz, gdy wreszcie Jongin ze mną jest, nie mogłem tak długo leżeć, choć dlaczego nie, w końcu w ciąży jestem. Jestem w szóstym miesiącu ciąży, a jak w nią zaszedłem, wciąż pozostaje dla mnie pytaniem. Czytałem wiele razy wiadomości na ten temat - że plemniki osoby dominującej są inne niż zwykle.
Największą nieznaną wciąż pozostaje to, jak urodzę Xiao Lu. Chciałem nie sprawdzać tego w internecie, ale moja ciekawość wzięła górę i wyszukałem to w Google. Okazało się, że są dwa wyjścia; 1. Siłami natury przez otwór, którym wychodzi kał; 2. Cesarskie cięcie, które moim zdaniem było najlepszym sposobem urodzenia dziecka przez mężczyznę. Dlaczego pozostaje to nieznaną informacją, podczas, gdy już wszystko sprawdziłem? Jeżeli zdecyduję się na urodzenie dziecka siłami natury, to co ze mną jest nie tak, że zaszedłem w ciążę?
Wszystkie pytania, co ze mną będzie i jak to będzie, dręczyły mnie cały czas. Dzień i noc. Nie wyobrażałem sobie wyjścia z brzuchem - którego i tak nie mogę już niczym zakryć - na dwór. Cały czas boję się, że się zapomnę i tak po prostu pójdę do sklepu i, gdy wejdę wzrok wszystkich ludzi będzie przeszywał mnie od stóp do głów. Może pomyślą, że jestem taki pulchny, a może po prostu wywalą mnie ze sklepu, bo będą wiedzieli, że jestem jednym z niewielu wybryków natury.

Wygrzebałem się z łóżka i podszedłem do szafy, z której wyciągnąłem moją ulubioną bluzę, która miała nadruk imienia Jongina. Do niej dobrałem czarne dresowe spodnie, w których praktycznie cały czas chodziłem. Nie miałem tej tendencji, by ubierać się elegancko, gdy wiem, że nigdzie nie wychodzę. Wolałem chodzić w dresach, a eleganckie ubrania zostawiać na poważniejsze okazje. Poszedłem do łazienki i odświeżyłem się. Kochałem takie poranne prysznice, po nich czułem, że żyję. Zawsze, gdy wstawałem, to czułem się, jakbym był na haju, a po nich mogłem wreszcie się tak porządnie ogarnąć.
Jeszcze, gdy w  n a s z y m  domu byłem sam, zawsze rano wszystko sprzątałem — od łazienek po wszystkie sypialnie, do kuchni. Byłem typową kobietą w domu — gotowałem, sprzątałem i ogólnie zajmowałem się tym wszystkim, co kobieta powinna robić. Jongin natomiast był typowym facetem, ale nie przeszkadzało mi to. Dopóki  o n  był szczęśliwy,  j a  także.
Wysuszyłem włosy, ubrałem się i odetchnąłem ciężko. Czyli teraz tak będą wyglądać wszystkie poranki? Będę budził się z nadzieją, że Kai leży koło mnie w łóżku, ale jego nie będzie. Każdy uważał, że już się do tego przyzwyczaiłem, lecz gdyby być szczerym, to nie znoszę tego jak niczego innego w świecie. Budzić się  s a m, jak to obrzydliwie brzmi.

Wreszcie wyruszyłem do kuchni, tak jakbym miał przeczucie, że Jongin będzie tam siedział. Przeszedłem przez korytarz i jak tylko go zobaczyłem, zacząłem śpiewać piosenkę Libera ,,Dzień dobry, kocham Cię!". Miałem tylko nadzieję, że ona mu się nie znudziła, podczas, gdy ja już nią wymiotowałem. Schodząc po schodach, dalej śpiewałem tą piosenkę, lecz tak naprawdę chciałem z nim porozmawiać na poważnie. Chciałem wreszcie dowiedzieć się od niego, jak sobie wyobraża mieć dziecko, gdy nie ma go tyle czasu w domu. Chciałem także wiedzieć, co będzie z  n a m i  i naszym dzieckiem.


,,Umieranie jest proste, to życie jest trudne"[1]


[1] - Gayle Forman ,,Zostań, jeśli kochasz"


--------------------------------------------------------
Poza tym, dzisiaj jest pierwszy stycznia 2015 roku, chciałabym wam życzyć, aby ten rok był lepszy od poprzedniego!

29.12.14

I. Nieliczni | Blask Nocy

Rok 3045. Ludzie, wampiry, wilkołaki i elfy żyją razem w pokoju. Wszystkie istoty stąpające po planecie zwanej Ziemią, sobie pomagały nawzajem, nic nie mogło zepsuć ich relacji; do czasu. Wszystko to zaczęło się rujnować, gdy nowy władca rządu został wybrany. Wampiry oraz wilkołaki coraz częściej napadali na istoty śmiertelne, tylko po to by wypić krew lub po prostu ich zabić; pragnęli zemsty. Elfy zazwyczaj były głównie pod kontrolą rządu, robili wszystko co im kazano, lecz jak w każdym gatunku znalazły się odmieńce, które się im sprzeciwiali. Listy gończe były jednym z wielu rzeczy, które przetrwały od tysięcy lat. Każdy uważał, że są one nie potrzebne, wystarczy, że zostanie nadane kogo się szuka, na wielkim telewizorze w centrum miasta. Żyli jednak ludzie, którzy nie znosili wciąż rozrastającej się technologii. Mieszkali oni na wzgórzach, we wiosce koło miasta Reidam, nienaruszeni technologią. Wiedli oni pospolite i spokojne życie, głównie utrzymywali się z roli i upraw, które potem sprzedawali kupcom z miast. Byli oni jedynymi szczęśliwymi osobnikami z tego miasta, nikt inny nigdy nie zaznał szczęścia, pomimo tego, że rząd chcąc to uczucie wywołać unowocześniał miasto, to wszyscy członkowie społeczeństwa, które władza sobie wymarzyła, byli jedynie żywymi robotami.
,,Kim Jongin, lat 20. Osoba mieszkająca poza obrębem miasta, jego jedyną rodziną jest dziadek Sangkil i babcia Jaein. Żyją z uprawy roli.", wszyscy członkowie społeczności miasta, mieli takie identyfikatory, na których było napisane ich imię, nazwisko, rodzina oraz praca, którą aktualnie ma lub z czego się utrzymuje.
Osoby, które miały taki identyfikator, były pełnoprawnymi obywatelami Reidam. Przyjezdne osoby dostawały kartki, które mieli oddać, gdy tylko opuszczą to miejsce. W pewnym sensie było to dobre, gdyż nie mieli jednej narodowości, mogli być uznawani za żydów, muzułmanów, chrześcijan, a nawet judaistów. Wszyscy, którzy mieli identyfikatory nie byli wpuszczani do pewnych miejsc. Mimo tego, że rada rządziła wszystkimi krajami od środka po wschód, to i tak większość z nich nie chciała mieć takiego ,,króla".
Głównym władcą był Yenrond, który uważał się za największego i najlepszego króla wszechświata, którym nie był. Mężczyzna kazał strażom codziennie zabierać podatki od biednych członków społeczeństwa, za które kupował sobie nowe ubrania oraz jedzenie. Nigdy nie wychodzi z budynku swojego domu, by przywitać się z mieszkańcami. Całymi dniami siedzi w swoim biurze i wciąż myśli, jak zdobyć pieniądze na jego wygody.
Reidamowie byli bogaci, a jednocześnie biedni. W swoich mieszkaniach mieli najnowszej klasy telewizory, komputery oraz najlepsze i najdroższe telefony komórkowe, które były dostępne w mieście. Byli biedni, ponieważ nie potrafili kochać z uczuciem; kochali za prezenty, które dostawali. Nie potrafili śmiać się, współczuć oraz płakać z uczuciem. Technologia była jednym z najważniejszych czynników ich życia, nie mogli bez niej żyć.
Inaczej było z mieszkańcami malutkiej wioski, która była obok miasta. Daileni byli biedni, a bogaci. Mieszkańcy Dail nie mieli zbyt wiele pieniędzy, ich miesięczna wypłata ledwo starczała na przeżycie, dlatego głównie skupiali się na żywności, którą kupowali na zaś. Ubrania były najmniej ważnym czynnikiem, bowiem codziennie jakiś człowiek z Reidam wyrzucał dobrą bluzkę do kosza, który znajduje się prawie przed wejściem do wioski. Daileni byli bogaci, ponieważ potrafili kochać. Uczucia były dla nich najważniejsze, a gdy ktoś nie umiał robić czegoś z uczuciem do wykonywanej pracy, został wyrzucany ze społeczeństwa. W wiosce istniała zasada, że gdy ktoś przestanie je odczuwać, nigdy nie będzie mógł znowu wykonywać swojej pracy z tym jednym, pożądanym poczuciem. Wiele osób przez to zostało bez żadnego obywatelstwa; nie mogli zostać członkami innego społeczeństwa, nie mogli iść do innego miasta czy wioski bez identyfikatora, był on najważniejszy.

Na zachód od terenów, którymi rządził Yenrond, każda wygnana istota mogła znaleźć swoje miejsce. Mieszkały tam wszystkie rasy, od człowieka po elfy, gobliny oraz wampiry. Na zachodzie mieli wszystko, co było potrzebne do przeżycia - domy, jedzenie, a nawet technologię, która pozwalała im zobaczyć co dzieje się aktualnie w Reidam. Mieszkali w Azaren.

Istoty nadprzyrodzone, które były od urodzenia inne, były nazywane Odmieńcami. W mieście szydzono z nich jak tylko się dało. Często słyszeli wyzwiska, byli wyzywani od kurw do odmiennych pizd. Z dnia na dzień, Azarenowie coraz bardziej nienawidzili istoty śmiertelne. Coraz częściej zabijali rasę człowieka dla własnej przyjemności, mimo tego, że stać było ich na wyżywienie, które aktualnie potrzebowali. Po wybraniu nowego władcy, coraz bardziej byli niezależni.

Rozdział pierwszy miał być dużo dłuższy, lecz po większym zastanowieniu, zostawiam go w formie bez dialogów, tylko z opisami Reidamów, Azarenów oraz Dalienów. Niesprawdzany, więc mogą być powtórzenia oraz błędy. Mam nadzieję, że się spodoba.

20.12.14

1. Niebo istnieje, naprawdę...

            Tytuł: Niebo istnieje, naprawdę...
            Paring: Sekai
            Gatunek: AU, Angst
            Ostrzeżenia: Przekleństwa
        Fabuła: Sehun podczas operacji serca umiera i odwiedza niebo. Przed wejściem do krainy wiecznego szczęścia, stoi Św. Piotr, który tłumaczy mu, że są dwa wyjścia tej sytuacji. Godzisz się na śmierć i idziesz do nieba, nie zaznajesz bólu, cierpienia smutku, ale nie zaznajesz nigdy więcej miłości. Drugim wyjściem jest powrócenie do świata żywych, jednakże wtedy wszystkie bodźce doznajesz dwa razy bardziej; cierpisz dwa razy bardziej, ale także dwa razy bardziej doznajesz miłości. Co wybierze Sehun?
           A/N: Dobry dobry kochani. Od razu, na początku chciałam wam powiedzieć, że całą jedynkę pisałam przy melodii, którą dałam jako soundtrack, ale jeśli coś nie będzie pod nią, to zrozumiem i możecie wtedy włączyć inną piosenkę. W jednym momencie są pochylone słowa, więc jeśli tylko je przeczytacie, to utworzą zdanie.
Jeżeli chodzi o części, to postanowiłam podzielić tego one shota na tyle części ile ma, dlatego dzisiaj dodaję tylko jedynkę
Przepraszam za błędy w tekście, nie był on sprawdzany (jeśli są gdzieś literówki, to napiszcie w komentarzu, a ja poprawię). Powtórzenia są specjalnie.
Tekst pochylony i w cudzysłowie to wspomnienia.
Jeżeli akapity będą krzywe, to wina tylko i wyłącznie bloggera, ily.



1.

melody | Sehun
Pamiętam, jakby to było zaledwie wczoraj. Obudziłem się w białym pomieszczeniu. Byłoby inaczej, gdyby choć jedna rzecz była innego koloru, niż biały. Białe ściany, biała pościel, wszystko białe. Cholerny depresyjny kolor. Zamknąłem oczy i pomyślałem, że gdy znów je otworzę, będę w innym pomieszczeniu.
- Raz, dwa, trzy. - Policzyłem i otworzyłem oczy z nadzieją. Nadal jestem w pomieszczeniu o zakurwiście depresyjnym kolorze. Tak, to był szpital. Wszędzie tutaj śmierdziało - samym szpitalem, jak i chorymi. Na sali leżałem sam, za co byłem wdzięczny Bogu, nie mógłbym znieść mojego pokojowego towarzysza, lubiłem być sam, więc raczej ta osoba nie byłaby moim znajomym.
- Kurwa, zajebana mać. - Przekląłem w myślach, ponieważ wiedziałem, że nie wydostanę się stąd szybko. Miałem przeczucie, że jest coś ze mną nie tak, bo jednak nie trafia się do szpitala, gdy jest się w stu procentach zdrowym.
Do pokoju, gdzie leżałem weszła moja macocha. Moja prawdziwa mama zmarła dziesięć lat temu na nowotwór, dokładnie chorowała na kostniakomięsaka. Miałem wtedy dziewięć lat i niezbyt wiedziałem, że to bardzo paskudna choroba. Dowiedziałem się dopiero, gdy poczytałem trochę wiadomości w internecie, tata nigdy nie chciał rozmawiać o mamie. Zawsze powtarzał przy mnie ,,Nie liczy się przeszłość, tylko to co jest teraz", jednak jak mogłem nie zapytać co stało się z rodzicielką.
- Dzień dobry, Sehunie. - Uśmiechnęła się, lecz widziałem smutek w jej oczach. - Dobrze się czujesz?
- Możesz nie owijać w bawełnę i powiedzieć co mi jest? Do szpitala nie trafia się tak z dnia na dzień, musi mi coś być. - Odpowiedziałem ze złością, jednakże nie mogłem się na nią złościć, była dla mnie drugą matką. Niestety, nie mogła mi zastąpić tej prawdziwej, starała się i dalej stara, bym wreszcie ją zaakceptował, lecz nie mogłem.
- Tato ci wszystko wytłumaczy. - patrząc na swoje palce u rąk, kciukami kręciła kółka w nieskończoność. Wtem wszedł ojciec z lekarzem, wyprosił macochę na chwilkę i obaj podeszli do mojego łóżka. Lekarz ubrany był w biały fartuch, czarne spodnie i buty. Na widok innego koloru trochę się rozpromieniłem. Miałem dość bieli, która była po prostu  w s z ę d z i e. Ojciec usiadł na krześle obok i zapadła cisza. Przeszywała ona całe moje ciało, które drżało od zimna, gdyż w pokoju, w któryn byłem zepsuły się grzejniki.
- Sehun, mamy złe wieści. - Powiedział doktor patrząc raz na tatę, a raz na mnie. - Masz nowotwór, nie pozostało ci wiele dni życia. Dzisiaj jeszcze zostaniesz przewieziony na inną salę, byś nie był taki samotny. W przyszłym tygodniu będziesz miał drugą operację i dopiero po niej będziemy w stanie zobaczyć, co i jak. - zacząłem drżeć. ,,Jak to mam raka? Ile jeszcze pożyję? Dlaczego to stało się tak szybko?", wszystkie tego typu pytania zaczęły mnie nękać. To było jak mantra, cały czas je powtarzałem, aż w końcu nie wytrzymałem, postanowiłem zapytać ojca.
- Chorujesz na takiego samego raka, którego miała twoja matka. Naprawdę nie wiem ile zostało ci życia, ale... - Głos w połowie się mu załamał - Spróbuję wszystkiego, byś ostatnie twoje dni przeżył jak najlepiej.
Tata ucałował mnie dzisiaj ostatni raz w rękę i wyszedł powoli z sali. Za pięć minut wpadły pielęgniarki, które miały mnie przewieść na salę, w której będę miał towarzysza. Chciałem zaprotestować, jednak nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Nadal byłem w szoku, nie mogło to do mnie dotrzeć, że niedługo umrę (a raczej, jeśli operacja się uda, to jeszcze trochę pożyję). W tym momencie miałem tylko plan, by popełnić samobójstwo. Nie zostało mi dużo do pożycia, to dlaczego nie miałbym już umrzeć, i tak nikt nie tęskniłby za mną. Ojciec całe życie przejmował się tylko tą swoją nową małżonką, nic innego się dla niego nie liczyło; nawet ja. Ona, czyli Sohyun; dziwka, kurwa, szmata, pizda. Nic innego o niej nie dało rady się powiedzieć; każdy wiedział, że daje dupy za plecami mojego ojca, ale ten jakby był po prostu ślepy. Nie zauważał u niej żadnych wad, sądził, że ta szmata jest idealna; nie była.
- Kurwa mać, mam dość! - krzyknąłem w myślach, kiedy pielęgniarki praktycznie dowoziły mnie do pokoju, gdzie miałem mieć ,,kolegę".
- Sehun, nie denerwuj się. Bardzo dobrze wiemy to, że chciałbyś być sam w pokoju, lecz gdy dowiedziałeś się o tym, że masz raka, to nie możemy pozwolić sobie na to, byś został bez żadnej osoby. Wiemy też to, że chciałbyś sobie zrobić coś złego; na przykład popełnić samobójstwo. Szpital na to nie pozwala. Tego raka da się wyleczyć przez operację i dobrą rehabilitację, nie przejmuj się. - Powiedziała ostro pielęgniarka, która widziała to, że ze złości prawie rozszarpałem kołdrę.
Otworzyły powoli drzwi, główna siostra popchnęła moje łóżko w stronę okna. Wiedziałem, że ono tam jest; było strasznie jasno w pokoju, nie tak jak w poprzednim - malutkie okienko, które ledwo co wpuszczało do niego światło.
- Jonginah, to jest twój nowy kolega. Spróbujcie się nie pozabijać; Sehun, do ciebie to głównie się odnosi! - Powiedziała, po czym wyszła z resztą. Na początku była cisza, która aż świergotała mi w uszach. Kochałem zostawać sam, ale zawsze mówiłem do siebie. Teraz zbyt boję się coś powiedzieć, gdyż ten osobnik może to usłyszeć. Co jeśli czyta w myślach? Co jeśli słyszy to co ja teraz do siebie mówię?
- Cześć nowy, Jongin jestem, a ty? - Przedstawił się pierwszy. Nie jestem w stanie na razie powiedzieć, jak wygląda. Mógł być najprzystojniejszym człowiekiem na ziemi, ale nie chciałem go na razie poznawać. - O czyli nie powiesz jak masz na imię? Ok, mi to nie przeszkadza. A w ogóle, to oglądałeś ten film ,,Więzień Labiryntu"? No, to będę nazywać cię grini, jak w tym filmie.
- Sehun, więcej chyba ci nie potrzeba. - Odpowiedziałem
- Czyli umiesz gadać, brawo! - Zaczął klaskać.
- Nie rozumiem dlaczego w tym momencie miałbym się uśmiechnąć czy nawet zaśmiać. Nie znasz mojej historii, więc przymknij proszę cię bardzo mordę i przestań na chwilę pierdolić te swoje farmazony. - moją pierwszą zasadą było ,,zero szacunku dla osób, które nie wiedzą jaki jest twój stan". Jak ona głosiła, nie miałem po prostu dla niego szacunku, dlaczego w ogóle chciałbym mieć?
Obróciłem głowę w jego stronę, zobaczyłem tylko uśmiechnięty ryj, który aż mnie obrzydzał. Nie powiem, Jongin był jednak bardzo przystojnym mężczyzną (albo chłopakiem). Z tego co zdążyłem zauważyć, miał bardzo piękne włosy, które były jak najbardziej zdrowe, nie farbowane. Oczy miał koloru czarnego, jak przystało na prawdziwego azjatyckiego człowieka. Co dziwne, mają dużą uwagę zwróciły jego kości policzkowe, były idealne.
- Może powiesz mi coś więcej o sobie? Ile masz lat; co jest, że trafiłeś do szpitala i tak dalej. - Zapytał, na co nie chciałem odpowiadać, lecz jeśli mam być teraz z nim w pokoju, to czemu miałby nie wiedzieć, że umieram; że zostało mi tylko parę tygodni życia (tak przypuszczam).
- No, więc... - zacząłem opowiadać swoją historię. - Trafiłem tutaj równo tydzień temu. Jeździłem z kolegą na deskorolce, kiedy nagle się przewróciłem i nie mogłem złapać oddechu, w kolanie zaczęło mnie tak zajebiście boleć, że to było niewyobrażalne. Junhyuk, czyli ten mój kolega, zadzwonił po pogotowie i od razu, po przyjeździe tutaj, zabrali mnie na salę operacyjną. Potem byłem na OIOMie kilka dni, a dzisiaj dowiedziałem się, że mam raka tkanki kostnej, czyli kostniakomięsaka, moja mama miała takiego samego. - Opowiedziałem Jonginowi cały tydzień, który przeżyłem w tym białym pomieszczeniu. 
Kostniakomięsak jest to złośliwy, pierwotny nowotwór tkanki kostnej. Raczej jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie (czynniki genetyczne), tak jak to było w moim przypadku - mama miała ten nowotwór, dziadek, jego matka etc. Z jednej strony żałuję, że to akurat  j a  go mam, a z drugiej dziękuję Bogu.
Moim marzeniem było, abym zginął w jakimś wypadku. Na samobójstwo byłem za słaby (ale dzisiejszy dzień był wisienką na torcie), dlatego paliłem papierosy. Kurzyłem ile tylko się dało, potrafiłem wypalić dwie paczki dziennie.
,,- Czemu ty tak szybko wypalasz papierosa i zaraz bierzesz się za kolejnego? - zapytał w pewnym momencie Hyungsik, przyglądając mi się uważnie.
- Wy palicie dla przyjemności, natomiast ja, by umrzeć. [1] - Odpowiedziałem powoli, by każdy zrozumiał co mówię."
*

­Podczas, gdy przewozili mnie na inną salę, szybko chwyciłem dwie paczki ze szlugami, by potem móc wypalić dwa papierosy. Co z tego, że nie mogłem się ruszać; co z tego, że byłem zszokowany tym czego się dowiedziałem; szlugi są najważniejszym elementem mojego życia. Tym bardziej, że umierałem (tak twierdzi doktor), to czemu nie pomóc tej maszynie pracować szybciej.
- No to chujowo ogółem. - Skomentował po długiej ciszy mój roommate.
- A u ciebie? Jak wygląda sytuacja? - zapytałem z ciekawością.
- No w sumie też nie jest za ciekawie. Mam raka tarczycy, niedługo mam operację i są dwa warianty. Jeżeli pójdzie dobrze, to pożyję jeszcze z kilka lat. Jeśli coś podczas operacji pójdzie nie tak, to umrę w jej czasie lub kilka dni po niej. Doktor wszystko mi powiedział.
Mimo tego, to i tak mógł niedługo umrzeć, dokładnie tak samo jak ja. Jego dni były policzone, mało osób z rakiem można uratować. Doktorzy mówią, że wszystko jest najlepszym porządku, lecz potem i tak ludzie umierają. Taka kolej rzeczy, nie jest to ważne czy umrze się szybciej, czy w wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Nikt nie uchroni się przed swoim przeznaczeniem, dlatego moją kolejną zasadą było ,,Żyj tak, jakby jutra nie było". Tak samo jak każdy, snułem plany, że w przyszłości chcę mieć świetną pracę; że chcę mieć jak najlepsze życie, ale żyłem tak, abym nie musiał martwić co będzie za chwilę. Nie planowałem żadnych spotkań z przyjaciółmi, po prostu wbijałem im na chatę i wypad, bo kumpel przyszedł. Moje życie było jednym, wielkim spontanem.
- Ile masz lat? - zapytał Jongin, który przeniósł wzrok z drzwi na mnie.
- Dziewiętnaście, a ty? - odpowiedziałem.

- Dwadzieścia. - Powiedział, po czym zaczął się śmiać, tak po prostu sam do siebie.


[1] - John Green ,,Szukając Alaski"