Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X X
Cytat z nagłówka pochodzi z utworu "Violet Hill" zespołu Coldplay.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sekai. Pokaż wszystkie posty

20.7.18

Niebo istnieje, naprawdę


4.


Severance Hospital w Seulu tonął w ciepłych barwach jesieni. Złotobrązowe kolory dobijały się poprzez okna razem z promykami słonecznymi. Wiele chorych postanowiło wyjść na dwór, cieszyć się piękną pogodą, która przerwała tydzień deszczu. Wiatr, który przyjemnie całował ich twarze był czymś, czego potrzebowali. Niektóre osoby wyszły po raz pierwszy od kilku miesięcy, co było słychać przez śmiechy i głośne, radosne rozmowy.
Sehuna obudziły głośne rozmowy pielęgniarek z Jonginem. Jedna z nich podeszła do okien i je uchyliła, natomiast druga rozdała śniadanie, typowe dla szpitali. Chłopak otworzył oczy i od razu wziął pilota, by podnieść łóżko w górę, a sam poprawił się, by było mu wygodniej. Sięgnął po jedzenie i próbował choć trochę zjeść, jednak wciąż był przerażony operacją, która miała sie odbyć na drugi dzień. Dużo osób powiedziałoby, iż nie ma się czego bać, podają Ci narkozę i nie czujesz niczego, jednak Sehun miał inne zdanie na ten temat. Po prostu się bał. Bał się, że operacja może się nie udać, a on zostanie zapomnianym nastolatkiem. Bał się, że resztę życia spędzi, jako kaleka. Miał wiele powodów, aby czuć niepokój.
- Co się dzieje? - z myśli wyrwał go Jongin, który ewidentnie martwił się o chłopaka. Dwudziestolatek usiadł na łóżku i wyciągnął coś z szafki obok. - To brelok z moim imieniem. Wiem, że to może wydać ci się dziwne, jednak chciałbym, żebyś mnie pamiętał i nie bał się tej operacji, lekarze są tu świetni! - uśmiechnął się szeroko i włożył brelok do dłoni Sehunowi. Również się uśmiechnął i zaczął przyglądać się prezentowi, który dostał. Imię Jongin było pięknie wygrawerowane w srebrze, a całość została przekształcona na unikatowy brelok, który należał już do Sehuna.
- Dziękuję, naprawdę - odpowiedział i spojrzał na starszego. Nagle jego perspektywa, co do chłopaka zmieniła się całkowicie. Zauważył, jak jego czarne włosy opadały mu na oczy i opaloną twarz, choć sama jego karnacja była dość ciemna. Jak pojawiały się zmarszczki koło oczu, gdy się szeroko i prawdziwie uśmiechał, a w tym samym czasie układały się w eye smile. Mały tik u jego lewej ręki, gdy czytał od czasu do czasu się trzęsła. Wszystko wydało się tak idealne, a jednocześnie tak rajskie, jakby stworzył go sam Bóg. Sehun nawet nie poczuł, jak samotna łza spłynęła po jego policzku. Przez moment poczuł się ważny, kochany i potrzebny; odkąd stracił mamę, nie czuł tych uczuć, były znów dla niego czymś nowym.
~~~
Była godzina siedemnasta dwadzieścia, dopiero wtedy odwiedził go ojciec z macochą. Ubrani oboje na czarno weszli na salę numer piętnaście, gdzie leżał ich syn i jego kolega. Sehun od razu zobaczył, że coś jest nie tak i zapytał o co chodzi. Kobieta i mężczyzna popatrzyli na siebie, i posmutnieli, oznajmili, iż druga najważniejsza osoba w życiu zmarła. Po długiej walce z chorobami oraz starością, zmarła jego babcia. Dopiero teraz chłopak zdał sobie sprawę, jak bardzo życie może być kruche. Jednego dnia ktoś żyje, posiada rodzinę i próbuje być najlepszą wersją samego siebie, a następnego może go nie być. Następnego dnia Sehun oddaje swoje życie w ręce lekarzy, jednak tak może być i z nim.
Wziął w dłoń brelok od swojego przyjaciela z sali i przycisnął mocno do serca. - Tak bardzo się boję, babciu - powiedział cicho.


a/n Dzisiaj troszeczkę krótszy rozdział, gdyż w następnym chcę głównie skupić się na niebie i jak to wygląda dla Sehuna. Mam nadzieje, że się spodoba. Nie został sprawdzony, więc wszystkie powtórzenia oraz błędy zostaną poprawione w przyszłości.

3  |  5►

9.4.15

3. Niebo istnieje, naprawdę...

3.
Dokładnie w ten sam dzień przyszedł do mnie doktor i powiedział, że operację będę miał za dwa dni. Odetchnąłem z ulgą, bowiem mogłem się psychicznie oraz fizycznie przygotować się na to wszystko, co z moją osobą się wydarzy. Umrę lub pozostanę żywy. Osobiście wolałem w pewnym sensie umrzeć, to właśnie, dlatego paliłem papierosy i samookaleczałem się nieraz. Samookaleczenie, depresja i cały ten ból psychiczny nie były dobre dla mojego zdrowia. Wyniszczałem sam siebie, raz przez anoreksję, a innym razem przez bulimię. Ciąć zacząłem się już w szóstej klasie szkoły podstawowej, gdy wszystkie osoby z klasy ze mnie szydziły. Nie potrafiłem sobie sam pomóc ani nikt inny tego zrobić nie mógł, dlatego wtedy po raz pierwszy sięgnąłem po metalową część od temperówki. Wziąłem śrubokręt, starannie odkręciłem śrubę, a resztę niepotrzebnej mi już strugaczki wyrzuciłem gdzieś w kąt. Przyłożyłem plecy do szafy i osunąłem się na ziemię. Metalową częścią szybko przejechałem po ręce, zostawiając na niej poziomą, cienką linię. Krew powoli wypływała, a ból zaczął przybierać inną postać, mianowicie dużej ulgi. Biała linia przybrała kolor czerwonej. Pozwalałem krwi jeszcze trochę wypłynąć, po czym wziąłem trzy listki papieru toaletowego i położyłem na zimnej ręce, by wsączyło całą czerwoną wodę. Wstałem i otwarłem szufladę, która była pod umywalką, znalazłem w niej plaster, który idealnie pasował do rany. Przylepiłem go i wyszedłem powolnym krokiem z toalety. Tata nic nie wyczuł, myślał, że jestem szczęśliwym dwunastolatkiem, podczas gdy to była jedna z trzech prawd – gówno prawda. To był pierwszy raz, gdy postanowiłem się pociąć.
Moim drugim razem była klasa druga gimnazjum, gdy ludzie ze starej szkoły postanowili spieprzyć mi gimnazjalne życie doszczętnie. Wszyscy podchodzili do mojej nowej klasy i nagadywali na mnie jakieś bzdury, które aż w głowie się nie mieściły. Miałem dość życia. Od razu po przyjściu ze szkoły, chwyciłem żyletkę w dłoń i pociąłem oba uda. W poprzednim roku nauczyłem się tego, by ciąć tam, gdzie jest najmniej widoczne miejsce, bowiem wszyscy mają ciebie głęboko w dupie i nie przejmują się twoją sytuacją, nie ważne czy psychiczną, czy fizyczną. Powtarzałem wszystkie te czynności do końca trzeciej klasy gimnazjum.
W wakacje z trzeciej gimnazjum na pierwszą liceum, chciałem wszystko zmienić, dlatego poprosiłem ojca, byśmy się przeprowadzili, a on się zgodził. Powiedział, że sam myślał nad tym już od dłuższego czasu i dzisiaj chciał ze mną o tym porozmawiać. Ucieszyłem się na samą myśl, że będę mógł zacząć wszystko od nowa, dlatego też postanowiłem się całkowicie zmienić. Od przyszłego roku w nowej szkole chciałem być bardziej śmiały, nie tak jak aktualnie byłem nieśmiałym pośmiewiskiem klasy. Zmieniłem się doszczętnie.
Pierwszy dzień w nowej szkole nie był taki łatwy, jak można było sobie o tym pomyśleć, jednakże było dużo lepiej niż w poprzednich. Nikt nie patrzył się głupkowato na mnie, gdy przechodziłem przez korytarz. Żadna osoba nie wiedziała o mnie niczego, dlatego ten mój malutki świat uwielbiałem najbardziej.

▲▼

Usiadłem na łóżku, podpierając się łokciami o najwyższą część. Pragnąłem zobaczyć czy jakaś osoba z mojej rodziny została na korytarzu. Nigdy nie lubiłem, gdy ktoś za bardzo się o mnie troszczy, dlatego wolałem, aby nikogo tam nie było. Przeliczyłem się, ponieważ siedziała tam moja macocha, Seohyun. Z nią nigdy nie było nic wiadomo, raz dało radę przeprowadzić normalną konwersację, a minutę później zaczynała swoje zwyczajne gadanie. Kobieta była nienormalną zdzirą. Gdy ta nie słyszała, zawsze ją potrafiłem wyzywać od najgorszych, ponieważ wiedziałem, co robi za plecami mojego ojca. Codziennie lub cztery razy w tygodniu wychodzi po dwudziestej pierwszej, jedzie taksówką pięć ulicy dalej i wysiada pod najbliższą latarnią. Ściąga płaszcz, który zawsze ma na sobie i widać jej ubrania, bardzo obcisłe. Z bluzki prawie wylatują jej piersi, ubrała ją specjalnie. Wstyd mi za taką macochę. Zdzira. Od momentu, gdy moja prawdziwa mama zmarła, całe moje życie się posypało. Było po prostu do dupy.
Popatrzyłem się w prawą stronę i zobaczyłem śpiącego Jongina, który dodatkowo miał na uszach słuchawki od swojego telefonu. Nie rozumiałem jego nawyku spania ze słuchawkami w uszach, to było dla mnie nieetyczne, a tym bardziej dla zdrowia. Gdy śpisz, twoja osoba bardzo się wierci, dlatego każda słuchawka z osobna, którą możesz ,,włożyć do ucha" (a/n: taka), mogła po prostu uszkodzić ci coś w tym uchu. Jongin był posiadaczem takiej słuchawki, jednakże była bezprzewodowa, dlatego jego telefon leżał na stoliku. Po niedługim namyśle, postanowiłam, iż nauczę go, by nie spał w tym niosącym głuchotę sprzęcie. Usiadłem na łóżku, podniosłem się i szybko chwyciłem jego iphone'a. Kliknąłem w przycisk, który włącza ekran i przejechałem po nim placem w prawą stronę. Miał ustawiony kod, którego niestety nie znałem, jednakże pomyślałem, że warto spróbować tych najłatwiejszych sposobów, czyli ,,1234" - nie udało się, a telefon zaczął wibrować.
- Okej, Sehun. Jeszcze raz! - Pomyślałem i postanowiłem spróbować jeszcze raz. Kliknąłem w cyferki ,,2468", ale również się nie udało. - Do trzech razy sztuka, nie? - Zapytałem sam siebie i wcisnąłem datę urodzenia Jongina, czyli ,,9401". Szybko zamknąłem oczy, gdyż nie chciałem widzieć, czy znowu się nie udało. Tym razem aparat telefoniczny nie wibrował, więc otworzyłem oczy i zobaczyłem tapetę Kima. Trochę to było niemoralne ustawiać swoją datę urodzin na blokadę, ale on zawsze mnie czymś zadziwiał. Kliknąłem w ikonę muzyki i zobaczyłem piosenkę, którą aktualnie słuchał, a dokładnie ,,Robbers" The 1975. Po kliknięciu w głośnik, rozsunął mi się on cały, dlatego przesunąłem go na cały regulator i szybko odłożyłem telefon na swoje miejsce. Jongin za chwilę się podniósł i wyciągnął sprzęt z uszów.
- Ty jesteś nienormalny? - Krzyczał, bo nadal brzęczało mu w uszach. - Stary, ogłuchłbym. – Powiedział z kamienną twarzą, a ja nie mogłem przestać się śmiać z mojego współlokatora. Dzisiaj dopiero zobaczyłem jak to wszystko zmieniło moją osobowość i ogóle to, że nie byłem już taki aspołeczny jak wcześniej. Uwielbiałem przebywać z drugim człowiekiem, a gdy tego nie było, robiłem się znowu smutny i samotny. Cały ten rak wywarł na moje życie wielkie znaczenie, ponieważ to przez niego tak się zmieniłem. Zacząłem patrzyć na świat z otwartymi oczami i właśnie wtedy zobaczyłem, jaki on może być przepiękny bez tych wszystkich niepotrzebnych kłótni, które były stałym gościem u mnie w domu. Nie widziałem już świata przez przymrużone oczy i byłem z tego fakty naprawdę dumny. Mogłem wtedy stwierdzić, że faktycznie wszystko się zmienia, nic nie pozostaje takie samo i to było cudowne.
- Sehun, doktor powiedział ci w końcu, kiedy będziesz miał operację? – Zapytał ponownie Kim. Przypomniałem sobie, że był on w tym momencie w toalecie i nie słyszał niczego, co lekarz Wallen powiedział.
- Powiedział, że operację będę miał za dwa dni i żebym się do niej przygotował. – Odpowiedziałem w mgnieniu oka. Mężczyzna popatrzył się na mnie pytającym wyrazem twarzy. – Psychicznie i fizycznie. – Wyjaśniłem, a on zrozumiał, co mam na myśli. Każdy pacjent przed swoją pierwszą operacją się boi, dlatego lekarze wszystko mówią minimalnie dwa dni przed nią.
- Pierwsza operacja? – Zapytał.
- Tak – Odpowiedziałem krótko.

Dzień dobry! Przepraszam Was za kolejny tak krótki rozdział, jednakże ostatnio nie mam weny, a gdy mam nagle pomysł na jakiegoś one shota, to w mgnieniu oka on ulatuje. Hipsari powoli umiera, dlatego dodaję trzecią część w taki sposób, a nie inny. Bardzo Was przepraszam, ale mam nadzieję, że się spodoba, bo ta część jest może i nudna, ale bardzo ważna w całym tym opowiadaniu.
NIESPRAWDZONE!
Dodatkowo postanowiłam, iż zawieszę niektóre opowiadania, gdyż na razie nie mam na nie weny.

◄2   4

23.1.15

2. Niebo istnieje, naprawdę...

2.


- Czemu się śmiejesz? - zapytałem. Nigdy nie zdarzyło mi się, by dowolna osoba, która zapytała się mnie o wiek, się zaśmiała. Raczej są reakcje typu ,,Oh". On był pierwszy i chyba ostatni.
- Odruch. - Odpowiedział ze łzami w oczach, które oczywiście były ze śmiechu. Dziwiłem się, że ktoś potrafi rozpłakać się, kiedy się śmieje. Dla mnie było to niemożliwe, nie potrafiłem szczerze się uśmiechnąć, a co dopiero płakać. Nigdy nie robiłem tego przy drugiej osobie, moją reakcję próbowałem zawsze dostosować do sytuacji — gdy komuś było smutno, to ja także próbowałem być smutny; gdy ktoś był szczęśliwy, chciałem, aby widział, że ja także potrafię cieszyć się jego szczęściem. 
Nie umiałem. Moje ,,odruchy" były bardzo nienaturalne.
- Ty jesteś głupi sam z siebie, czy ktoś ci za to płaci? - zapytałem, gdy Jongin trochę się uspokoił.
- Gratis jest - nie oczekiwałem jakiekolwiek odpowiedzi od niego, ale to było kojące. W środku cały byłem uradowany, że chłopak potrafi mieć poczucie humoru w jego aktualnej sytuacji. Większość ludzi, którzy chorzy są na raka, nie mają zbyt dużo nadziei, że wyleczy się go. Każą odłączyć się od respiratora i umierają powoli na łóżku szpitalnym. W zupełności ich rozumiałem, jeszcze przed poznaniem Kaia myślałem o samobójstwie, chciałem zniknąć z tego świata pozostawiając po sobie otwarte blizny, które nigdy się nie zagoją. Po poznaniu jedynego szczęśliwego człowieka z rakiem, zrozumiałem, że ciche zniknięcie jest nierealne. Zawsze pojawi się osoba, która będzie bardziej cierpiała, niż jakikolwiek człowiek rodziny, a jej rany się nie zamkną.

Wyciągnąłem rękę do szafki i wyjąłem z niej paczkę Marlboro Gold 100's. Następnie, dzięki kijowi, który dała nam jedna z sióstr, by otwierać okno, uchyliłem je i wyciągnąłem z paczki szluga. Zapaliłem go i zacząłem kurzyć. Kochałem palić, było to jedno z moich ulubionych zajęć w ciągu dnia. Gdy macocha z ojcem krzyczeli na mnie za błahe sprawy, zazwyczaj wychodziłem i paliłem. Każda czynność wykonywania przy tym, odprężała mnie — zaciągnięcie się; przyjemne pieczenie w gardle, przełyku i w płucach; a na końcu wypuszczanie przepięknych kształtów z dymu. Paliłem po to, by szybciej umrzeć, ale powstawała także przyjemność, której nie mogłem się wyrzec.

Skończyłem palić, papierosa wyrzuciłem do mojej szafki i zaciągnąłem na siebie kołdrę, obróciłem się na lewy bok, tak, że byłem teraz twarzą do ściany. Była popękana w niektórych miejscach.
- Stara - pomyślałem, lecz wcale nie zdziwiłem się. Wszystko w budynku tego szpitala było przestarzałe, poczynając od samej budowli, po pielęgniarki. Nie pracowały tutaj młode dwudziestolatki, lecz kobiety w wieku lat czterdziestu pięciu do sześćdziesięciu. Szpital został wybudowany, aby starsze kobiety i starsi mężczyźni, mogli się tutaj wykazać. Do pracy przeważnie biorą młode siostry, a tutaj wolą doświadczone i z większą wiedzą.
Ojciec wybrał go ze względu na moją prawdziwą mamę. To tutaj zmarła, dnia dziesiątego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku. Bardzo przeżywałem jej odejście, wiedziałem, że nigdy już nie spotkam tej cudownej kobiety. Brakowało mi jej wtedy i brakuje mi jej dzisiaj. Ona cały czas siedziałaby przy mnie i całowała w czoło, jak wtedy, gdy nie mogłam zasnąć, bo myślałem, że w szafie i pod łóżkiem są potwory. Mówiłaby do mnie, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, bo ludzie zostali stworzeni po to, by umierać. Każdy kiedyś umrze - jedni szybciej, inni później i ja jestem jednym z tych osób, które prawdopodobnie umrą w młodym wieku. Kochałem moją prawdziwą mamę bardziej niż ojca. Najgorszą chwilą w moim życiu było to, jak przedstawił mi swoją nową wybrankę. Było to zaledwie dwa lata po śmierci mamy. Podejrzewałem, że miał kochankę, ale nie powinien brać z nią wtedy ślubu. Nie byłem gotowy na nową mamusię i nadal nie wierzę w to, że stało się to w prawdziwym życiu; że ojciec miał kochankę, gdy wiedział, iż mama jest w stanie bardzo ciężkim i powoli wszystko w niej obumiera. Nie wyobrażam sobie tego, co ona musiała przeżywać, gdy ten pieprzył się z Sohyun, a ona leżała na stole operacyjnym. Wtedy jeszcze była szansa na jej przeżycie, ale na końcu swojej przygody po prostu dała spokój i była jak roślina - niby żyje, ale jej obecności nie da się wyczuć.

Obróciłem się na prawy bok i zobaczyłem Jongina, który grał w jakąś grę na telefonie. Teraz, gdy przyzwyczaiłem się, że on tutaj jest, lepiej się czuję. Mogę wreszcie otworzyć do kogoś buzię i poopowiadać wszystko co mi się przytrafiło. Byłem uradowany faktem, że nie muszę tego trzymać w sobie; że mogę komuś się wyżalić i ta osoba to słucha. Moje życie składało się głównie z posłuszeństwa się ojcu. Robiłem to co on chciał i nie miałem nic do gadania, swoje uczucia trzymałem głęboko w środku mojej osoby, by nikt się nie dowiedział, co tak naprawdę czuję. Właśnie dlatego teraz nie potrafię zachowywać się odpowiednio, gdy ktoś jest smutny lub szczęśliwy. Byłem robotem ojca, a roboty nic nie czują. Do czasu, gdy mama zobaczyła jak płaczę. Podeszła i ucałowała mnie w czoło, pozwoliła, by wszystkie bóle wyszły na jaw. Nie potrafiłem powstrzymać moich łez, a potem odeszła. Nawet nie walczyła, aby móc opiekować się swoim dzieckiem. Zostawiła mnie na pastwę losu. Nie mam jej tego za złe, nie potrafiła wytrzymać z tatą, którego przez dwa lata przed jej śmiercią, nie było całymi dniami w domu, ponieważ był u Sohyun. Mama nie dawała mi żadnych oznak, że coś jest nie tak. Chciałem być taki jak ona i dalej chcę.

- Kiedy będziesz miał operację? - Zapytał, a ja otworzyłem oczy, które wcześniej zamknąłem. Byłem tak strasznie zmęczony, miałem dość leżenia w łóżku. Chciałem wyjść na świeże powietrze i pooddychać nim. Zapach szpitala i reszty chorych tak bardzo śmierdział.

- Nie wiem, jeszcze nie ustalili po ostatnich badaniach. - Odpowiedziałem ze smętną miną w jego stronę. Miałem nadzieję, że operację zrobią mi niedługo i wreszcie będę mógł żyć swoim życiem, bowiem miałem dość podporządkowywania się ojcu. Miałem dziewiętnaście lat, wszystko było ustalone, że za miesiąc wyprowadzałem się od niego i los akurat w takim momencie napatoczył taką niespodziankę.

Wiem, że rozdział jest krótki, ale tak jak wcześniej zapowiedziałam - będę dodawała tak, jak są części. Jedne są dłuższe, a inne krótsze i tak wypadło, że rozdział drugi jest króciusieńki, drabbl można powiedzieć. Mam nadzieję, że się spodoba, bo w sumie ja jestem z siebie dumna. Nigdy tak nie rozpisałam się przy akapitach i chyba powinnam robić to częściej, haha.
Jestem na początku miniaturki ,,Don't give me so much pain" z paringiem z lotra, ale za ciula nie mogę znaleźć na nią weny (rozdział drugi NIN tak naprawdę powstawał przedwczoraj i wczoraj), więc jeszcze poczekacie. Mam zaczęty także sequel do Mental Hospital, ale nie wiem jak to wyjdzie i kiedy go dodam.
Poza tym dziękuję za tylu obserwatorów i za wszystkie komentarze. Jeszcze raz mam nadzieję, że sie spodoba i do zobaczenia!
Zdjęcie ma być złej jakości.

20.12.14

1. Niebo istnieje, naprawdę...

            Tytuł: Niebo istnieje, naprawdę...
            Paring: Sekai
            Gatunek: AU, Angst
            Ostrzeżenia: Przekleństwa
        Fabuła: Sehun podczas operacji serca umiera i odwiedza niebo. Przed wejściem do krainy wiecznego szczęścia, stoi Św. Piotr, który tłumaczy mu, że są dwa wyjścia tej sytuacji. Godzisz się na śmierć i idziesz do nieba, nie zaznajesz bólu, cierpienia smutku, ale nie zaznajesz nigdy więcej miłości. Drugim wyjściem jest powrócenie do świata żywych, jednakże wtedy wszystkie bodźce doznajesz dwa razy bardziej; cierpisz dwa razy bardziej, ale także dwa razy bardziej doznajesz miłości. Co wybierze Sehun?
           A/N: Dobry dobry kochani. Od razu, na początku chciałam wam powiedzieć, że całą jedynkę pisałam przy melodii, którą dałam jako soundtrack, ale jeśli coś nie będzie pod nią, to zrozumiem i możecie wtedy włączyć inną piosenkę. W jednym momencie są pochylone słowa, więc jeśli tylko je przeczytacie, to utworzą zdanie.
Jeżeli chodzi o części, to postanowiłam podzielić tego one shota na tyle części ile ma, dlatego dzisiaj dodaję tylko jedynkę
Przepraszam za błędy w tekście, nie był on sprawdzany (jeśli są gdzieś literówki, to napiszcie w komentarzu, a ja poprawię). Powtórzenia są specjalnie.
Tekst pochylony i w cudzysłowie to wspomnienia.
Jeżeli akapity będą krzywe, to wina tylko i wyłącznie bloggera, ily.



1.

melody | Sehun
Pamiętam, jakby to było zaledwie wczoraj. Obudziłem się w białym pomieszczeniu. Byłoby inaczej, gdyby choć jedna rzecz była innego koloru, niż biały. Białe ściany, biała pościel, wszystko białe. Cholerny depresyjny kolor. Zamknąłem oczy i pomyślałem, że gdy znów je otworzę, będę w innym pomieszczeniu.
- Raz, dwa, trzy. - Policzyłem i otworzyłem oczy z nadzieją. Nadal jestem w pomieszczeniu o zakurwiście depresyjnym kolorze. Tak, to był szpital. Wszędzie tutaj śmierdziało - samym szpitalem, jak i chorymi. Na sali leżałem sam, za co byłem wdzięczny Bogu, nie mógłbym znieść mojego pokojowego towarzysza, lubiłem być sam, więc raczej ta osoba nie byłaby moim znajomym.
- Kurwa, zajebana mać. - Przekląłem w myślach, ponieważ wiedziałem, że nie wydostanę się stąd szybko. Miałem przeczucie, że jest coś ze mną nie tak, bo jednak nie trafia się do szpitala, gdy jest się w stu procentach zdrowym.
Do pokoju, gdzie leżałem weszła moja macocha. Moja prawdziwa mama zmarła dziesięć lat temu na nowotwór, dokładnie chorowała na kostniakomięsaka. Miałem wtedy dziewięć lat i niezbyt wiedziałem, że to bardzo paskudna choroba. Dowiedziałem się dopiero, gdy poczytałem trochę wiadomości w internecie, tata nigdy nie chciał rozmawiać o mamie. Zawsze powtarzał przy mnie ,,Nie liczy się przeszłość, tylko to co jest teraz", jednak jak mogłem nie zapytać co stało się z rodzicielką.
- Dzień dobry, Sehunie. - Uśmiechnęła się, lecz widziałem smutek w jej oczach. - Dobrze się czujesz?
- Możesz nie owijać w bawełnę i powiedzieć co mi jest? Do szpitala nie trafia się tak z dnia na dzień, musi mi coś być. - Odpowiedziałem ze złością, jednakże nie mogłem się na nią złościć, była dla mnie drugą matką. Niestety, nie mogła mi zastąpić tej prawdziwej, starała się i dalej stara, bym wreszcie ją zaakceptował, lecz nie mogłem.
- Tato ci wszystko wytłumaczy. - patrząc na swoje palce u rąk, kciukami kręciła kółka w nieskończoność. Wtem wszedł ojciec z lekarzem, wyprosił macochę na chwilkę i obaj podeszli do mojego łóżka. Lekarz ubrany był w biały fartuch, czarne spodnie i buty. Na widok innego koloru trochę się rozpromieniłem. Miałem dość bieli, która była po prostu  w s z ę d z i e. Ojciec usiadł na krześle obok i zapadła cisza. Przeszywała ona całe moje ciało, które drżało od zimna, gdyż w pokoju, w któryn byłem zepsuły się grzejniki.
- Sehun, mamy złe wieści. - Powiedział doktor patrząc raz na tatę, a raz na mnie. - Masz nowotwór, nie pozostało ci wiele dni życia. Dzisiaj jeszcze zostaniesz przewieziony na inną salę, byś nie był taki samotny. W przyszłym tygodniu będziesz miał drugą operację i dopiero po niej będziemy w stanie zobaczyć, co i jak. - zacząłem drżeć. ,,Jak to mam raka? Ile jeszcze pożyję? Dlaczego to stało się tak szybko?", wszystkie tego typu pytania zaczęły mnie nękać. To było jak mantra, cały czas je powtarzałem, aż w końcu nie wytrzymałem, postanowiłem zapytać ojca.
- Chorujesz na takiego samego raka, którego miała twoja matka. Naprawdę nie wiem ile zostało ci życia, ale... - Głos w połowie się mu załamał - Spróbuję wszystkiego, byś ostatnie twoje dni przeżył jak najlepiej.
Tata ucałował mnie dzisiaj ostatni raz w rękę i wyszedł powoli z sali. Za pięć minut wpadły pielęgniarki, które miały mnie przewieść na salę, w której będę miał towarzysza. Chciałem zaprotestować, jednak nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. Nadal byłem w szoku, nie mogło to do mnie dotrzeć, że niedługo umrę (a raczej, jeśli operacja się uda, to jeszcze trochę pożyję). W tym momencie miałem tylko plan, by popełnić samobójstwo. Nie zostało mi dużo do pożycia, to dlaczego nie miałbym już umrzeć, i tak nikt nie tęskniłby za mną. Ojciec całe życie przejmował się tylko tą swoją nową małżonką, nic innego się dla niego nie liczyło; nawet ja. Ona, czyli Sohyun; dziwka, kurwa, szmata, pizda. Nic innego o niej nie dało rady się powiedzieć; każdy wiedział, że daje dupy za plecami mojego ojca, ale ten jakby był po prostu ślepy. Nie zauważał u niej żadnych wad, sądził, że ta szmata jest idealna; nie była.
- Kurwa mać, mam dość! - krzyknąłem w myślach, kiedy pielęgniarki praktycznie dowoziły mnie do pokoju, gdzie miałem mieć ,,kolegę".
- Sehun, nie denerwuj się. Bardzo dobrze wiemy to, że chciałbyś być sam w pokoju, lecz gdy dowiedziałeś się o tym, że masz raka, to nie możemy pozwolić sobie na to, byś został bez żadnej osoby. Wiemy też to, że chciałbyś sobie zrobić coś złego; na przykład popełnić samobójstwo. Szpital na to nie pozwala. Tego raka da się wyleczyć przez operację i dobrą rehabilitację, nie przejmuj się. - Powiedziała ostro pielęgniarka, która widziała to, że ze złości prawie rozszarpałem kołdrę.
Otworzyły powoli drzwi, główna siostra popchnęła moje łóżko w stronę okna. Wiedziałem, że ono tam jest; było strasznie jasno w pokoju, nie tak jak w poprzednim - malutkie okienko, które ledwo co wpuszczało do niego światło.
- Jonginah, to jest twój nowy kolega. Spróbujcie się nie pozabijać; Sehun, do ciebie to głównie się odnosi! - Powiedziała, po czym wyszła z resztą. Na początku była cisza, która aż świergotała mi w uszach. Kochałem zostawać sam, ale zawsze mówiłem do siebie. Teraz zbyt boję się coś powiedzieć, gdyż ten osobnik może to usłyszeć. Co jeśli czyta w myślach? Co jeśli słyszy to co ja teraz do siebie mówię?
- Cześć nowy, Jongin jestem, a ty? - Przedstawił się pierwszy. Nie jestem w stanie na razie powiedzieć, jak wygląda. Mógł być najprzystojniejszym człowiekiem na ziemi, ale nie chciałem go na razie poznawać. - O czyli nie powiesz jak masz na imię? Ok, mi to nie przeszkadza. A w ogóle, to oglądałeś ten film ,,Więzień Labiryntu"? No, to będę nazywać cię grini, jak w tym filmie.
- Sehun, więcej chyba ci nie potrzeba. - Odpowiedziałem
- Czyli umiesz gadać, brawo! - Zaczął klaskać.
- Nie rozumiem dlaczego w tym momencie miałbym się uśmiechnąć czy nawet zaśmiać. Nie znasz mojej historii, więc przymknij proszę cię bardzo mordę i przestań na chwilę pierdolić te swoje farmazony. - moją pierwszą zasadą było ,,zero szacunku dla osób, które nie wiedzą jaki jest twój stan". Jak ona głosiła, nie miałem po prostu dla niego szacunku, dlaczego w ogóle chciałbym mieć?
Obróciłem głowę w jego stronę, zobaczyłem tylko uśmiechnięty ryj, który aż mnie obrzydzał. Nie powiem, Jongin był jednak bardzo przystojnym mężczyzną (albo chłopakiem). Z tego co zdążyłem zauważyć, miał bardzo piękne włosy, które były jak najbardziej zdrowe, nie farbowane. Oczy miał koloru czarnego, jak przystało na prawdziwego azjatyckiego człowieka. Co dziwne, mają dużą uwagę zwróciły jego kości policzkowe, były idealne.
- Może powiesz mi coś więcej o sobie? Ile masz lat; co jest, że trafiłeś do szpitala i tak dalej. - Zapytał, na co nie chciałem odpowiadać, lecz jeśli mam być teraz z nim w pokoju, to czemu miałby nie wiedzieć, że umieram; że zostało mi tylko parę tygodni życia (tak przypuszczam).
- No, więc... - zacząłem opowiadać swoją historię. - Trafiłem tutaj równo tydzień temu. Jeździłem z kolegą na deskorolce, kiedy nagle się przewróciłem i nie mogłem złapać oddechu, w kolanie zaczęło mnie tak zajebiście boleć, że to było niewyobrażalne. Junhyuk, czyli ten mój kolega, zadzwonił po pogotowie i od razu, po przyjeździe tutaj, zabrali mnie na salę operacyjną. Potem byłem na OIOMie kilka dni, a dzisiaj dowiedziałem się, że mam raka tkanki kostnej, czyli kostniakomięsaka, moja mama miała takiego samego. - Opowiedziałem Jonginowi cały tydzień, który przeżyłem w tym białym pomieszczeniu. 
Kostniakomięsak jest to złośliwy, pierwotny nowotwór tkanki kostnej. Raczej jest on przekazywany z pokolenia na pokolenie (czynniki genetyczne), tak jak to było w moim przypadku - mama miała ten nowotwór, dziadek, jego matka etc. Z jednej strony żałuję, że to akurat  j a  go mam, a z drugiej dziękuję Bogu.
Moim marzeniem było, abym zginął w jakimś wypadku. Na samobójstwo byłem za słaby (ale dzisiejszy dzień był wisienką na torcie), dlatego paliłem papierosy. Kurzyłem ile tylko się dało, potrafiłem wypalić dwie paczki dziennie.
,,- Czemu ty tak szybko wypalasz papierosa i zaraz bierzesz się za kolejnego? - zapytał w pewnym momencie Hyungsik, przyglądając mi się uważnie.
- Wy palicie dla przyjemności, natomiast ja, by umrzeć. [1] - Odpowiedziałem powoli, by każdy zrozumiał co mówię."
*

­Podczas, gdy przewozili mnie na inną salę, szybko chwyciłem dwie paczki ze szlugami, by potem móc wypalić dwa papierosy. Co z tego, że nie mogłem się ruszać; co z tego, że byłem zszokowany tym czego się dowiedziałem; szlugi są najważniejszym elementem mojego życia. Tym bardziej, że umierałem (tak twierdzi doktor), to czemu nie pomóc tej maszynie pracować szybciej.
- No to chujowo ogółem. - Skomentował po długiej ciszy mój roommate.
- A u ciebie? Jak wygląda sytuacja? - zapytałem z ciekawością.
- No w sumie też nie jest za ciekawie. Mam raka tarczycy, niedługo mam operację i są dwa warianty. Jeżeli pójdzie dobrze, to pożyję jeszcze z kilka lat. Jeśli coś podczas operacji pójdzie nie tak, to umrę w jej czasie lub kilka dni po niej. Doktor wszystko mi powiedział.
Mimo tego, to i tak mógł niedługo umrzeć, dokładnie tak samo jak ja. Jego dni były policzone, mało osób z rakiem można uratować. Doktorzy mówią, że wszystko jest najlepszym porządku, lecz potem i tak ludzie umierają. Taka kolej rzeczy, nie jest to ważne czy umrze się szybciej, czy w wieku osiemdziesięciu pięciu lat. Nikt nie uchroni się przed swoim przeznaczeniem, dlatego moją kolejną zasadą było ,,Żyj tak, jakby jutra nie było". Tak samo jak każdy, snułem plany, że w przyszłości chcę mieć świetną pracę; że chcę mieć jak najlepsze życie, ale żyłem tak, abym nie musiał martwić co będzie za chwilę. Nie planowałem żadnych spotkań z przyjaciółmi, po prostu wbijałem im na chatę i wypad, bo kumpel przyszedł. Moje życie było jednym, wielkim spontanem.
- Ile masz lat? - zapytał Jongin, który przeniósł wzrok z drzwi na mnie.
- Dziewiętnaście, a ty? - odpowiedziałem.

- Dwadzieścia. - Powiedział, po czym zaczął się śmiać, tak po prostu sam do siebie.


[1] - John Green ,,Szukając Alaski"